Archiwum dla Wrzesień, 2013

Trwoga Nieskończonego

Posted: 23 Wrzesień 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tags:

Dziś przypada wspomnienie św. ojca Pio z Pietrelciny. Zamiast jednak przypominać jego postać, pragniemy skupić się na tym, co nam po sobie pozostawił.

Wielu z nas dobrze wie, z jakim namaszczeniem sprawował on Mszę świętą. Przeżywał ją wręcz boleśnie. Ojciec Pio podczas przeistoczenia był blady, spocony i drżał. Jego wzrok był mocno utkwiony w Hostii, którą trzymał w dłoniach, a głos nabierał szorstkiego i przykrego brzmienia, jak gdyby stygmatyzowany kapłan był w wielkim bólu lub męce. Powoli unosił Hostię do góry, trzymał długo, milczał, odkładał, wycierał płynące z oczu łzy, ponownie brał Hostię i po długiej ciszy wypowiadał słowa konsekracji. Podobnie czynił z kielichem, przeżywając w tajemniczy sposób konanie Chrystusa w sobie. Był to dla niego czas prawdziwej agonii.

Czy wiesz dlaczego?

Nie chodzi tylko o przeżywanie raz jeszcze śmierci Chrystusa na krzyżu. Każdy z nas dobrze o tym wie. Czasami jednak zapominamy, że męka Jezusa to nie tylko Wielki Piątek. Jego agonia zaczęła się już wcześniej. W Ogrodzie Oliwnym.

Czytamy w Ewangelii jak bardzo cierpiał Chrystus przed wydaniem w ręce Swych nieprzyjaciół. Czytamy o Jego trwodze i porażającym strachu. Bóg-Człowiek nie tylko przeżywał krańcową udrękę z powodu tego, jak mieli Go potraktować: opluwać, wyśmiewać, szydzić, biczować, a w końcu ukrzyżować. Cierpiał, bo niósł ze sobą grzechy całego świata. On, będąc Bogiem, samą Miłością, doznawał bólu raniących Go naszych grzechów. On, nieskalana czystość i naturalna świętość – obcuje z grzechem. Odczuwa naszą wzgardę i obojętność względem Niego. Tak często nie mamy poczucia tego, że grzeszymy. Traktujemy to lekko. Ot, jedno kłamstewko, złośliwa odpowiedź, obmowa, zazdrość, gniew, brak modlitwy. Drobnostki, których się dopuszczamy, a które akceptujemy i które są dla nas na porządku dziennym. Nie tylko grzechy śmiertelne obrażają Boga. Te małe, codzienne, bolą nie mniej. I to do tego stopnia, że Jezus pada powalony na ziemię, doznając tego wszystkiego.

Miłość czyni Go katem dla samego Siebie.

Jezus cierpi. Wielkie krople sączą się z Jego skóry, a następnie łączą się razem i strumyczkami spływają po Jego ciele na ziemię. Pozwala na to Ten, który jest Bogiem, by człowiek miał dowód Jego nieskończonej miłości. Wziął na Siebie to wszystko: całą przeszłość i przyszłość. „Smutna jest dusza moja aż do śmierci”.

Ojciec Pio płakał prawie przez całą Mszę. Źródłem tych łez nie było samo rozrzewnienie, lecz świadomość ogromu darów Bożych, spływających podczas każdej sprawowanej Ofiary, a także niewierność i małoduszność tych, którzy sprzeciwiali się przyjęciu Boga, raniąc Jego miłość.

Moment przeistoczenia to zarówno Wielki Piątek, jak i konanie w Ogrodzie Oliwnym. O. Pio w swym notatniku pisał: „Zawsze, o Jezu, wzruszała me serce ta Twoja droga z Wieczernika do Ogrodu Oliwnego, a to ze względu na potęgę miłości, która sięga głębi i jednoczy się z umiłowanymi przez siebie, ze względu na siłę miłości, która zmierza do ofiarowania się za drugich, aby ich wykupić z niewoli. Ty przez to pouczyłeś nas, że nie ma większego dowodu miłości jak oddać własne życie za przyjaciół. I oto teraz stajesz w tej godzinie, aby własnym ofiarowaniem życia potwierdzić tę próbę miłości. „

Świadomość tej męki, wydania samego Siebie za nas, na odpuszczenie naszych grzechów, towarzyszyć nam powinna podczas każdej Eucharystii. Nam wszystkim: kapłanom, którzy w swych dłoniach trzymają Boga i wiernym, którzy przystępując do komunii, do swoich ust, do swojego ciała i duszy przyjmują tego, który choć Nieskończony, dał się zamknąć w małej hostii.

To, czego dziś, z okazji jego wspomnienia, naucza nas o. Pio to szacunek do wielkiego daru jakim jest Najświętszy Sakrament.  I do kapłaństwa, przez które Go otrzymujemy.

——————————————————————————–

na podstawie opracowania o. Ezechiasza Cardone OFM „Konanie Jezusa w Ogrodzie Oliwnym”

oraz fragmentów biografii ze strony glosojcapio.pl

Adopcja podzielona

Posted: 20 Wrzesień 2013 by Sandra Kwiecień in ddak, modlitwa
Tags: ,

Zacznijmy od tego, że nie ma czegoś takiego jak podzielona adopcja.

O co chodzi?

DDAK często porównywane jest z Margaretką. Nic dziwnego, skoro mają ten sam cel, to utożsamiane są często jako pokrewne akcje. Podobne – tak. Ale nie pokrewne.

Margaretka zobowiązuje uczestników do dożywotniej modlitwy za kapłana oraz angażuje 7 osób, które w poszczególne dni tygodnia, naprzemiennie, otaczają duchową opieką danego księdza.

W DDAK do jednej adopcji może zgłosić się jedna lub kilka, kilkanaście osób, które zobowiązują się do codziennej modlitwy za kapłana.

Skoro jedna i druga akcja promują modlitwę za kapłanów, a ktoś nie chce podjąć się zobowiązania dożywotniego, to – konkludują niektórzy – można zgłosić się do nas i podzielić między siebie zobowiązanie:  jedna osoba na jeden dzień tygodnia.

Tego w DDAK nie ma. I nie będzie.

Dlaczego? Jaka to w zasadzie różnica?

Wielu pomstuje na słowo „adopcja” w nazwie akcji. Uważa się ją za nietrafną i nieodpowiednią. O teologicznych podstawach uprawniających do używania takiej nazwy w tej akcji pisaliśmy już TUTAJ. Czas przyjrzeć się także temu, jak bardzo to słowo oddaje istotę naszej inicjatywy. „Adopcja” nie jest czymś wziętym z sufitu, chwilowym wymysłem. Jest  głęboko przemyślanym i starannie dobranym słowem, które ma oddać głębię i siłę przywiązania, rodzącej się więzi i odpowiedzialności między osobą adoptującą a adoptowaną – między tą, która się modli, a tą która modlitwą jest otaczana.

Na dzień dzisiejszy ilość akcji, która używa słowa „adopcja” jest już tak pokaźna, że przyzwyczailiśmy się już do tego sformułowania. Mało tego, przyzwyczailiśmy się do tego stopnia, że siła tego słowa straciła na znaczeniu, spowszedniała. A przecież trudno o lepszy wyraz, który zamykałby w sobie tajemnicę więzi, jaka powstaje we wnętrzu człowieka, gdy decyduje się świadomie i dobrowolnie wziąć odpowiedzialność za bliźniego, towarzyszyć mu w jego radościach i smutkach – choć na poziomie zupełnie innym, niż w przypadku fizycznej obecności, daleko głębszym – na poziomie duchowym, przed Bogiem. „Adopcja” to zgoda nie tylko na modlitwę. Przysposabiamy sobie kogoś, „wkładamy” do swojego serca i umysłu, poczuwamy się do odpowiedzialności za jego los i każdego dnia – jak matka lub ojciec – rodzimy go dla nieba.

Dopiero mając świadomość tego wszystkiego, o wiele łatwiej zrozumieć różnicę między „zobowiązaniem modlitewnym” a „adopcją”, choć może ona wydawać się subtelna i mało znacząca. O nie, nie jest mało znacząca. Potwierdzić to może każdy Uczestnik, który przeżywa trudności, który ma kłopot w relacji ze swoim kapłanem, czy sam ma problemy. Nosi bowiem wówczas w swoim sercu krzyż. Smutek kapłana staje się i jego udziałem. Dlatego tak często ze zdziwieniem niektórzy Uczestnicy odkrywają, że modlitwa jest trudniejsza niż się im wydawało. Z zewnątrz odnosi się wrażenie, że to po prostu paciorek rano i wieczorem – i to wszystko. Tymczasem ta trudność, jaką odczuwają oznacza tylko, że ich wstawiennictwo działa. Ma moc. Podobnie jest z doznawaną radością, która jest większa i silniejsza, aniżeli to, czego doświadczali wcześniej.

Przechodząc więc do sytuacji, gdy siedem lub trzydzieści osób chce podzielić między siebie modlitwę za kapłana,i mając na uwadze powyższe – o wiele bardziej zrozumiałym staje się nasze zachęcanie do tego, by w ramach DDAK podejmować się modlitwy codziennej, aniżeli odbywającej się tylko raz w tygodniu, czy raz w miesiącu. Tak jak nie ma czegoś takiego jak „podzielona adopcja”, tak i my nie przyjmujemy zgłoszeń rozłożonych na poszczególne dni tygodnia lub nawet miesiąca. Nie dlatego, że nie zachęcamy do modlitwy lub trzymamy się sztywno jakichś abstrakcyjnych reguł. Każda inicjatywa ma swój koloryt, a to co wyróżniać ma DDAK od innych tego typu akcji (między innymi, oczywiście, bo tych różnic jest nieco więcej) to pragnienie podkreślania odpowiedzialności każdego z nas: za siebie, swoich bliskich, wspólnotę parafialną, kapłanów – a w konsekwencji cały Kościół, nosząc ten krzyż … codziennie.

Dla siebie nawzajem

Posted: 19 Wrzesień 2013 by Agnieszka Dankiewicz in kapłani, modlitwa
Tags: ,

spojrzysz

„Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: „Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał”. ” (Łk 10, 30-35)

Wszyscy znamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Interpretacja tej biblijnej historii pokazuje nam wagę przykazania miłości Boga i bliźniego.

Czytając tę przypowieść możemy też zwrócić uwagę na inny, bardzo prosty fakt – jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem. Okrutnie pobity przez zbójców człowiek pozostał przy drodze sam, „na pół umarły”. Być może jego nieszczęście polegało przede wszystkim na samotności, ponieważ nie miał jakiejkolwiek możliwości, aby podnieść się o własnych siłach i ruszyć w dalszą drogę. Zarówno Lewita, jak i kapłan przejeżdżali obok, widzieli poszkodowanego, ale nie zainteresowali się jego sytuacją. Dopiero Samarytanin okazał się pomocnym, miłosiernym człowiekiem, który pomimo swoich własnych obowiązków, zdecydował się uratować człowieka w potrzebie.

I my dzisiaj potrzebujemy drugiego człowieka. Każdy z nas chciałby czuć, że ma obok siebie pomocnych, wspierających ludzi, na których może liczyć w każdej sytuacji. Mamy rodzinę, przyjaciół, znajomych i to właśnie z nimi możemy wymieniać historie o naszych wzajemnych problemach lub trudnościach; mamy pewność, że są to osoby, do których można zadzwonić (choćby w środku nocy) z prośbą o konkretną pomoc – na przykład w załatwieniu ważnych dla nas spraw. To właśnie oni dają nam poczucie, że nie jesteśmy sami.

Z różnymi osobistymi sprawami przychodzimy także  do Kościoła. W modlitwie powierzamy Bogu nasze sprawy, wierząc, że nas wysłucha i pomoże. A może właśnie szukamy Boga, aby w Nim odnaleźć Źródło wiary, nadziei i miłości? We wszystkich tych sytuacjach ze swoją pomocą pospieszają nam także kapłani, którzy (jak pisał Jan Paweł II) są ludźmi „żyjącymi samotnie, aby inni nie byli samotni”.

Nad kapłańską pomocą warto zastanowić się szerzej. W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Lewita i kapłan to osoby, które w sposób szczególny były powołane do służby Bogi człowiekowi. Mimo to, nie zainteresowali się oni sytuacją pobitego człowieka. Obaj  mieli wyjątkowy przywilej, ale i obowiązek, aby sprawować czynności liturgiczne. Jednak sprawowana funkcja, powierzona im godność, bliskość Boga, a także wyznawana wiara nie były dla nich zachętą do tego, aby pomóc bliźniemu.

I dziś kapłani, posługując na parafiach, mają wiele obowiązków. Z pewnością – będąc osobą choć trochę zaangażowaną w życie Kościoła, można zauważyć kapłańską posługę: Msze święte, nabożeństwa, sakramenty (szczególnie widoczna – posługa w konfesjonale), katecheza w szkołach… W ogłoszeniach parafialnych co tydzień słyszymy o kolejnych wydarzeniach, które tradycyjnie odbywają się pod opieką proboszcza i wikariuszy – zbiórki ministrantów, przygotowanie młodzieży do bierzmowania, spotkania duszpasterstw lub zespołów muzycznych, posługa sakramentalna u chorych…

We współczesnym świecie często potrzebujemy od kapłanów innej pomocy niż człowiek z przypowieści – oczekujemy rozmowy, rady, pocieszenia, wsparcia; przychodzimy z nadzieją, że księża pomogą nam wybrać właściwy kierunek: tak, aby nasze życie jeszcze bardziej było nastawione na ciągłe poszukiwanie Boga. My przychodzimy do nich z naszymi sprawami, ale czy zauważamy ich potrzeby?

Skupieni na swoich sprawach, trudnościach i problemach, mamy coraz większe oczekiwania wobec Kościoła i kapłanów. Wtedy to my stajemy się jak kapłan i Lewita z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Nie zauważamy bowiem, że ten sam kapłan, który w ciągu tygodnia wypełnia ogromną ilość obowiązków na parafii i w szkole, także potrzebuje drugiego człowieka, który pomoże i wesprze. Nie dostrzegamy, że księża, których spotykamy na Mszy lub mijamy, mówiąc jedynie „Szczęść Boże!”, także potrzebują osób, na które mogą liczyć. W życiu każdego księdza pojawiają się przyjaciele lub znajomi – ich pomoc była, jest i będzie nieoceniona, ale wciąż to kropla w morzu potrzeb. Można pomyśleć – skoro widzimy danego księdza raz lub kilka razy w tygodniu na Mszy lub nabożeństwach, skąd możemy wiedzieć, jakiej pomocy potrzebuje?

W tym miejscu warto przytoczyć słowa Jakuba, które napisał w swoim liście:

„Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego (..). Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego. Eliasz był człowiekiem podobnym do nas i modlił się usilnie, by deszcz nie padał, i nie padał deszcz na ziemię przez trzy lata i sześć miesięcy. I znów błagał, i niebiosa spuściły deszcz, a ziemia wydała swój plon.” (Jk 5, 16-18)

Być może nie znamy żadnego księdza osobiście, być może nie możemy pomóc mu w konkretnych, być może problematycznych sytuacjach jego życia. Dlatego formą naszej pomocy może być modlitwa. Jak czytamy w przytoczonym fragmencie jakubowego listu: „wielką moc ma wytrwała modlitwa” – dlatego właśnie ku Bogu powinniśmy kierować nasze prośby: aby obdarzył kapłana wszystkimi potrzebnymi łaskami, aby dodał mu sił do odnalezienia się w codziennych sytuacjach. Modlitewna pamięć to także forma cichej obecności przy drugim człowieku. Właśnie w taki sposób możemy pomóc kapłanowi nieść brzemię jego posługi w Kościele.

Powyższy tekst może jest tylko jednym z wielu, które pojawiły się na tej i innych stronach, zachęcając do modlitewnego wspierania kapłanów. Tematyka i wnioski być może brzmią podobnie, ponieważ w każdym z przypadków sprowadzają się do tej samej idei, a podsumowanie można by zamknąć w kilku prostych słowach: „módlmy się za kapłanów”.

Mimo to, po raz kolejny warto przywołać ten temat i podkreślić wagę modlitwy za kapłanów.

W przeżywanym Roku Wiary warto ponowić temat modlitwy za kapłanów – tak, by pokazać zbiorową odpowiedzialność za Kościół, który jest wspólnotą ludzi wierzących. Istotne jest, aby wciąż uwrażliwiać nas, osoby świeckie, na to, że nie tylko my potrzebujemy pomocy i wsparcia ze strony drugiego człowieka. Kapłani, którzy w swojej służbie starają się być jak miłosierny Samarytanin, potrzebują naszej modlitwy i pomocy! Zechciejmy i my wcielić się w postać Samarytanina, otwartego na potrzeby naszych bliźnich – zarówno kapłanów, jak i osób świeckich.

1

„Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się, chodziłeś gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi dokąd nie chcesz”

(J 21, 18).

Jakiś czas temu byłam ze znajomymi siostrami zakonnymi na Kalwarii Pacławskiej, gdzie znajduje się Sanktuarium Męki Pańskiej i Matki Bożej, ale tam także swój nowicjat odbywają Bracia Franciszkanie Konwentualni. Nowicjat jest drugim etapem formacji na drodze do złożenia wieczystych ślubów zakonnych, ale także na drodze do kapłaństwa.

Spacerując po tamtejszym terenie jedna z sióstr dostrzegła różne budynki gospodarcze, traktor i zapytała: czyje to, kto się tym zajmuje? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że Wspólnota Nowicjatu. Wtedy siostra stwierdziła, że musi to być ciężka próba szczególnie dla tych, którzy z taką pracą nie mieli nigdy nic wspólnego. Wówczas druga siostra odpowiedziała, że kiedyś słyszała od jakiegoś ojca zakonnego, że kto przejdzie nowicjat w Kalwarii, ten naprawdę ma powołanie, a jeśli potem odejdzie to znaczy, że je zmarnował.

Nie wiem jak to jest naprawdę z tym marnowaniem powołania, ale zdaję sobie sprawę z tego, że tamtejszy czas nowicjatu nie jest łatwy. Kalwaria umiejscowiona jest na wysokim wzgórzu, otoczona lasami, z dala od miasta. W zimie to miejsce jest praktycznie odcięte od świata. Niezależnie od tego, kiedy człowiek tam by nie przyjechał, cisza taka, że usłyszeć można własne myśli. Gospodarka ze świnkami. Ciut inna rzeczywistość niż niekiedy młody człowiek się spodziewa jeśli chodzi o formację. Bardziej spodziewaliby się wielogodzinnych modlitw w kaplicy, adoracji, konferencji i Eucharystii niż sprzątania w oborze, zbierania liści czy szorowania podłóg. Jak wobec tego  daje się przeżyć ten czas? Myślę, że oni po prostu wiedzą dla Kogo tam idą, Komu służą. Wiedzą, że to ich wybór, do którego nikt ich nie zmuszał – ich decyzja. Mają świadomość, że są nad nimi przełożeni, których muszą we wszystkim słuchać. Nawet wtedy, gdy magister każe im posprzątać w chlewie, czy ma jakieś inne jak dla nich dziwne wymagania.  By być wiernym w rzeczach wielkich, najpierw trzeba być wiernym w rzeczach małych. Jednak to, co naprawdę pomaga im przetrwać, co dodaje siły to modlitwa codzienna – ta prywatna i wspólnotowa. To także spotkanie z Panem na Eucharystii. To Pan daje im siłę, by z pokorą wypełniać codzienne obowiązki, nawet te trudne i niemiło pachnące. Jeśli zabraknie Boga, zabraknie modlitwy – to szybko przyjdzie pycha, bezsens, rozczarowanie.

1241951_588338687879057_1211171005_n

Tak jest z każdym powołaniem kapłańskim. Powołanie jest Bożym pomysłem na życie człowieka. Najlepszym pomysłem. Bóg zapraszając człowieka na drogę życia w szczególnej bliskości z Nim jest bardzo delikatny. Nigdy się człowiekowi nie narzuca i pozwala, by to człowiek sam zadecydował, podjął świadomą decyzję. Podjęcie ostatecznej decyzji o pragnieniu życia jako kapłan poprzedza 6 letni czas spędzony w Wyższym Seminarium Duchownym, gdzie oprócz studiów filozoficzno – teologicznych kandydat do kapłaństwa otrzymuje wszelką potrzebną pomoc i warunki do właściwego i jak najlepszego rozeznania. Ten czas jest zupełnie wystarczający, by dobrze rozeznać i podjąć odpowiedzialną decyzję. Kapłaństwo nie jest przymusem – jest łaską przyjętą dobrowolnie, podobnie jak i posłuszeństwo, do którego podczas liturgii święceń kapłan sam się zobowiązuje.  Podczas liturgii święceń prezbiteratu kandydatom do święceń zadawane są przez biskupa różne pytania dotyczącego jego przyszłej posługi i życia. Każde z nich rozpoczyna się słowami: „Czy chcesz…”. „Czy chcesz wiernie pełnić urząd posługiwania kapłańskiego w stopniu prezbitera, jako gorliwy współpracownik biskupów w kierowaniu ludem Bożym pod przewodnictwem Ducha Świętego?”, Czy chcesz pilnie i mądrze pełnić posługę słowa, głosząc Ewangelię i wykładając prawdy katolickiej wiary?”, „Czy na chwałę Boga i dla uświęcenia chrześcijańskiego ludu chcesz pobożnie i z wiarą sprawować misteria Chrystusa, a zwłaszcza Eucharystyczną Ofiarę i sakrament pokuty, zgodnie z tradycją Kościoła?”, „Czy chcesz razem z nami wypraszać Boże miłosierdzie dla powierzonego ci ludu, modląc się nieustannie według nakazu Chrystusa?”, „Czy chcesz coraz ściślej jednoczyć się z Chrystusem, Najwyższym Kapłanem, który z samego siebie złożył Ojcu za nas nieskalaną Ofiarę, i razem z Nim poświęcać się Bogu za zbawienie ludzi?”. Odpowiadając na każde z nich „Chcę”, „Chcę z Bożą pomocą” wyraża swoją własną, przez nic i nikogo nie przymuszoną wolę. A ta chęć ma być konsekwentnie wyrażana w codziennym postępowaniu. Ostatnie pytanie jakie zadaje biskup brzmi: „Czy mnie i moim następcom przysięgasz cześć i posłuszeństwo?” – „Przysięgam”. Każda z tych odpowiedzi jest dobrowolna, niczym nie przymuszona.

Świadomość, że kapłaństwo jest niczym niezasłużonym darem wymaga, by podejść do niego z pokorą, bo sam sobie człowiek tej godności kapłańskiej nie dał. Patrząc zaś na to powołanie z perspektywy codzienności – tej zwykłej, szarej, nieraz trudnej – zupełnie śmiało każda powołana osoba mogłaby powiedzieć, że o własnych siłach nic nie byłaby w stanie uczynić, ani przetrwać trudniejszych momentów na swojej drodze. Piękne kazania, zdolności muzyczne czy organizacyjne, wiedza lub dobry kontakt z parafianami w każdym wieku – żadna z tych zalet nie jest osobistą zasługą kapłana. Wszystko to dary łaski otrzymane od samego Boga. Kapłan sam z siebie nie jest w stanie nic uczynić. Sam z siebie jako człowiek nie jest w stanie przemienić hostii w Ciało Pańskie, ani wina w Krew. Żaden człowiek nie posiada takiej władzy. Wszystko co czyni ksiądz, czyni tą mocą jaką otrzymał od Mistrza – Jedynego Pana i Zbawiciela. Chrystusowa przeogromna miłość stanowi początek wszystkiego. Z miłości człowiek wkracza na drogę powołania i tę MIŁOŚĆ jaką jest SAM JEZUS CHRYSTUS pragnie kapłan naśladować przez całe swoje życie.

1371555_588338697879056_262988954_n

Co to znaczy naśladować Jezusa Chrystusa? Naśladować Go to stawać się takim, jak On  – cichym i pokornym. Być jak Mistrz z Nazaretu to być we wszystkim posłusznym Ojcu, nawet za cenę samego siebie, swoich marzeń, pragnień. Być posłusznym Ojcu jak Jezus, to zgodzić się na to, że ludzie nie zawsze będą chwalić, niejeden raz oplują, czy ukrzyżują przez niezasłużone słowa, oszczerstwa, osąd. Tak uczyniono z Chrystusem, który choć był Synem Bożym zgodził się na to, bo wiedział, ze wszystko to jest częścią planu Jego Ojca. Tak czyniono z Chrystusem i taki sam los czeka każdego kapłana, bo „nie może być uczeń nad Mistrza”. Jezus wyraźnie powiedział: „Mnie prześladowali i was prześladować będą”. Być jak Jezus to iść do tych, do których posyła Pan, to być ciągle w drodze, ciągle do dyspozycji Boga. Dla kapłana wola Boga wypowiadana jest przez usta jego przełożonych i to, co powie przełożony – ma czynić. Niezależnie od tego czy z tą decyzją się zgadza czy też nie, czy jest ona dla niego łatwa czy nie. Oczywiście, jest miejsce na dialog z przełożonym, przedstawienie swoich racji, ale ostateczna decyzja należy do przełożonego. Decyzja będzie o tyle dobrze podjęta przez przełożonych, o ile poprzedzona będzie prywatną modlitwą i konsultacją z Tym, od Którego wszelka władza pochodzi. Dla Jezusa wypełnienie woli Ojca wiązało się ze śmiercią na krzyżu i nie było to łatwe i przyjemne dla Niego, ale ufał Ojcu, kochał Go. Mówił: „Ojcze jeśli to możliwe oddal ode mnie ten kielich, ale niech Twoja, a nie Moja wola się stanie”. Kapłan, by być prawdziwie Chrystusowym musi umrzeć dla siebie, a być we wszystkim posłusznym Bogu i Kościołowi Świętemu.

Dla każdej osoby powołanej, ale i dla nas ludzi wierzących wzorem pokory i posłuszeństwa jest także Maryja – Matka Jezusa. Ona jako pierwsza z wiarą i posłuszeństwem przyjęła wolę Bożą. Otrzymała łaskę bycia Matką Syna Bożego. Ona najlepiej z wszystkich wiedziała jak wiele wyrzeczeń kosztuje wypełnienie Bożych pragnień. Ona doskonale wiedziała jak ciężkie jest posłuszeństwo, ale nigdy nie cofnęła swego słowa danego Bogu. Swoje „Fiat” realizowała konsekwentnie w każdym dniu swego ziemskiego życia. Była wierna nosząc w swym łonie Jezusa, była wierna, gdy Anioł kazał jej i Józefowi uciekać w nocy z dzieciątkiem i w wielu innych momentach swego życia. Nie odwróciła się od Boga nawet wtedy, gdy patrzyła jak wyśmiewają i wyszydzają jej Syna, gdy patrzyła na Jego cierpienie i śmierć na krzyżu. Codziennie realizowała wypowiedziane przez siebie słowa: „Oto ja, Służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego”. Była pokorna i posłuszna choć nigdy nie otrzymała tak wielkiej godności, jaką otrzymuje każdy kapłan.

Innym przykładem dla każdego duszpasterza na drodze posłuszeństwa może być Święty Stygmatyk – Ojciec Pio z Pietrelciny. Przełożeni zabronili odprawiać mu przez pewien czas Mszy Świętej w obecności ludzi i spowiadać. Jak wielki to był ból i próba dla niego – jest pewnie w stanie sobie wyobrazić każdy kapłan. A o. Pio pozostawał nie tylko posłuszny, ale gdy tylko ktoś w jego obecności źle wyrażał się o jego przełożonych, nie pozwalał na to i wychodził.

1373081_588338691212390_2099025796_n

To tylko trzy przykłady. Jeśli zerknęlibyśmy głębiej w żywoty świętych i błogosławionych, przykładów pokory i posłuszeństwa pewnie znaleźlibyśmy dużo więcej. I to nie tylko pośród tych, którzy odeszli już do Pana, ale także tu na ziemi, pośród nas. Codziennie na swojej drodze spotykamy księży, którzy pomimo trudów i upadków kroczą drogą swego powołania pozostając we wszystkim posłusznymi Bogu.

Trzeba by jednak zapytać w czym tkwił sekret Maryi, o. Pio i wielu innych, że potrafili posłusznie wypełniać nawet to, co nam po ludzku wydaje się być czymś ekstremalnie ciężkim, niezrozumiałym, a trudy codziennego życia i zniewagi przyjmowali z pokorą?

Tym sekretem jest miłość do Boga. Każde z nich przyjmowało swe powołanie, z miłości do Boga, Który – jak wierzyli – ukochał ich o wiele bardziej. Miłość jest relacją dwojga osób, którzy darzą się uczuciem. By ta relacja mogła trwać muszą być ze sobą w kontakcie. Muszą się spotykać, rozmawiać ze sobą. W relacji człowieka z Bogiem taką rozmową jest modlitwa, spotkaniem jest Eucharystia. Gdy zakochani się spotykają mówią sobie o wszystkim, o swoich radościach, sukcesach, ale także o trudnościach, bólach i porażkach. Przez to sobie towarzyszą, wspierają się i każde z nich wie, że nie jest samo. A kiedy już wie, że nie jest samo, ma siłę, by mierzyć się trudami, by nie rezygnować w chwilach niepowodzeń. Jeśli dwoje ludzi się kocha, to są w stanie ofiarować sobie swój czas i samego siebie, nawet jeśli ich to wiele kosztuje – są zdolni do wyrzeczeń, do rezygnacji z siebie, swoich planów.

Czy to wszystko nie przekłada się na relację kapłana z Bogiem? Jeśli kapłan autentycznie kocha Boga to jest w stanie znaleźć czas nie tylko na odprawienie Mszy Świętej, ale także na prywatną rozmowę z Tym, Którego ukochał – na rozmowę z Bogiem. To Jemu opowiada o swoich trudach, zmartwieniach, smutkach i bolączkach. Jemu opowiada o problemach z parafianami, z przełożonymi, ze współbraćmi. To z Nim konsultuje swoje decyzje, zamierzenia – Jego pyta o zdanie. Tak robił Jezus tuż przed pojmaniem i w każdej innej chwili swego życia. Tak robiła Maryja, która wszystko zachowywała i rozważała w swym sercu. I tak robiło wielu świętych i błogosławionych. To z żywej relacji z Bogiem i zaufania względem Niego brało się skuteczne posługiwanie i piękne, święte życie. To Bóg daje siłę i moc.

Miłość domaga się konkretów, więc jeśli dobrowolnie, z miłości ksiądz wkracza na drogę kapłaństwa, to wie po co codziennie wstaje, po co uczy katechezy, mówi kazania, spowiada. Wie po co sam prywatnie otwiera brewiarz, wie po co czyni te na pozór błahe czynności dnia codziennego. Wszystko co robi, robi dla Boga i w Jego imieniu. Czyni to, bo to właśnie obiecał Bogu w momencie święceń kapłańskich. Problem zaczyna się lub zacznie się dla każdego jednego kapłana w momencie, gdy zabraknie tej jego osobistej relacji z Bogiem. Gdy zabraknie modlitwy. Kiedy jakiemukolwiek kapłanowi zabraknie czasu na rozmowę z Bogiem, to szybko poczuje, że jest sam. Od samotności niedaleka droga do poczucia bezsensu, irytacji, a następnie do braku posłuszeństwa i pokory. Skutkiem tego są kryzysy kapłańskie, ucieczka w kieliszek, poszukiwanie kogoś, kto pozwoli mu się czuć kochanym, porzucenie kapłaństwa i masa różnych innych osobistych kapłańskich tragedii. Ale nie tylko kapłańskich tragedii,  bo gdy upada kapłan cierpi też człowiek, a przede wszystkim cierpi Bóg.

Wierność

Posted: 9 Wrzesień 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tags:

Pamiętnik. Źródło: http://seian81.deviantart.com

Pamiętnik. Źródło: http://seian81.deviantart.com

Minęłam kościół.

Miałam wtedy 16 lat i po raz pierwszy uczyłam się wiary. To już nie to samo miejsce. Wiele się zmieniło, nikt mnie tu już nie pamięta. Nie ma śpiewu, ani wspólnych rekolekcji. Przyszła praca, studia i dom.

Już nie ma dawnego uniesienia, pierwszego entuzjazmu. W myśli wkradły się wątpliwości, w  szarą codzienność obawy o teraźniejszość i jutro: rachunki, pracę, naukę.

A potem minęło kilka lat. I przyszedł moment na pierwsze postanowienie o modlitewnej opiece, pierwsze kroki na nieznanej drodze. Czas upływa i zaciera w pamięci dawne uczucia i emocje, które temu towarzyszyły.

Dopiero trzy lata. A co będzie za dziesięć, dwadzieścia, da Bóg – pięćdziesiąt?

Wierność. Wierność w niepewności i znużeniu. Na drodze ciemnej, czasem znaczonej moimi upadkami, z których przez długi czas nie jestem w stanie się podnieść. Wbrew temu, co mówią: to bezsensu, nic się nie zmieni. Wbrew temu, co sama odczuwam: wewnętrzny bunt, rozczarowanie, lenistwo. Wówczas zadaję sobie pytanie: czy pamiętasz dlaczego modlisz się za kapłana?

Mówimy, że modlimy się o ich świętość, o nawrócenie, o dobrą służbę. Ale dotykamy zaledwie powierzchni sensu naszego wysiłku. Tu nie chodzi tylko o to! Każdego dnia muszę uświadamiać sobie, że nie ze względu na kapłana muszę być wierna, lecz ze względu na Boga. Kapłaństwo jest drogą do Niego i to jest nasz cel – osiągnąć życie wieczne. Potrzebujemy świętych duszpasterzy, by przebyć drogę z życia ziemskiego do wiecznego, które jest naszym przeznaczeniem i dla niego zostaliśmy stworzeni.

Niezależnie więc od radości, jakiej doznaję na widok nawrócenia kapłana, i niezależnie od swojego bólu i goryczy – moja modlitwa ma być aktem miłości, odpowiedzią na miłość Boga, dążeniem do zbawienia.

Jest więc w mojej codzienności miejsce na radość i duchowe wzloty. Są też dni smutne, przeżyte bez Boga. I zaczynam rozumieć, że upływ czasu, który tak wielu ludzi boli i zasmuca – także jest darem. Najwyższy właśnie przez niego obdarza nas łaską mądrzejszego patrzenia na życie swoje i innych. To łaska, którą możemy wykorzystać lub nie – z perspektywy lat spojrzeć szerzej na to, co robimy. Na początku wielu skupia się tylko na kapłanie, jako tego, za którego mamy się modlić. Ale później przychodzi świadomość, że to nie tylko modlitwa „za”, lecz także „do”. Możemy to wiedzieć, zdawać sobie sprawę. Lecz moment, w którym dociera do nas ta prawda, gdy jej istota nagle uderza w nasze serce – jest czymś tak dogłębnym i intymnym, że ma moc przemienienia naszego życia. Doświadczenie to stanowi dla nas oazę wiary i jest nam potrzebne do tego, by – gdy tylko znów wyjdziemy na drogę pustyni – nieść je w sobie, niezależnie od przeciwności. Gdy emocje opadną – zostaje pamięć.

„Jeden akt miłości do Boga, spełniony w czasie oschłości, ma większą wartość niż sto innych, uczynionych w czasie doznawanej słodyczy i pociechy duchowej.”

św. O. Pio

 

Kardynał Mikołaj Krebs

Posted: 5 Wrzesień 2013 by Agnieszka Dankiewicz in święci i błogosławieni

Tradycyjnie w pierwszy czwartek miesiąca przedstawiamy postać szczególnie zaangażowaną w propagowanie modlitwy za kapłanów. I choć żywoty świętych i błogosławionych mogą wydawać się nudne, to naprawdę warto przeczytać dzisiejszy tekst. Moment doświadczonego przez Mikołaja z Kuzy objawienia jest dla nas jedną z najbardziej wzruszających historii, które uświadamiają nam, że nasz modlitewny wysiłek nigdy nie pozostaje bezowocny.

Kardynał Mikołaj Krebs

240px-Nicholas_of_Cusa

Moc modlitwy i oddania

Mikołaj Krebs urodził się w 1401 roku w miasteczku Kuza. Był drugim dzieckiem Johanna i Katarzyny. Jego młodszy brat, Jan, został księdzem, zyskując z czasem godność kanonika. Natomiast dwie siostry wyszły za mąż za bogatych mieszczan, wiodąc spokojne życie. Johann, ojciec Mikołaja, jako głowa rodziny bardzo dbał o materialny dobrobyt swojej rodziny, ponieważ chciał zapewnić swoim najbliższym godne, dostatnie życie. Pracował w handlu i przewoźnictwie – czerpał z tego duże dochody, a w rodzinnej miejscowości należał do grona najbogatszych mieszkańców.

Na temat początkowych etapów edukacji Mikołaja nie ma jednoznacznych informacji. Istnieją jedynie legendy, że uczył się w szkole w Deventer, która była prowadzona przez Braci Wspólnego Żywota – być może jest to fakt historyczny, jednak dotychczas nie znalazł oficjalnego potwierdzenia. Pierwsze pewne, sprawdzone informacje dotyczą studiów na Uniwersytecie w Heidelbergu, gdzie studiował sztuki wyzwolone, a następnie na Uniwersytecie Padewskim (uzyskał tam stopień doktora prawa kanonicznego). Słynął ze swoich zainteresowań, które obejmowały astronomię, medycynę i matematykę. Zetknął się także z popularnymi w tamtym czasie nurtami filozoficznymi oraz humanistycznymi. Miał okazję poznać wielu znanych uczonych, którzy stali się jego przyjaciółmi, stanowiąc jednocześnie inspirację do poszerzania swoich naukowych pasji.

W 1425 roku Mikołaj zdecydował się na dalsze studia – tym razem wybrał teologię i filozofię na Uniwersytecie w Kolonii. Był to krótkotrwały etap w jego edukacji, a po jego zakończeniu Mikołaj rozpoczął pracę jako prawnik. Wtedy też został zauważony przez legata papieskiego w Niemczech, który wybrał go na swojego sekretarza. Z czasem został mianowany dziekanem kościoła pod wezwaniem św. Floriana, w latach 1431 – 1437 brał udział w Soborze w Bazylei. Z czasem zasłynął ze swojej działalności prawniczej, odnosząc sukcesy także w innych dziedzinach nauki. W 1438 roku papież Eugeniusz IV powierzył mu stanowisko legata w Konstantynopolu, gdzie zadaniem Mikołaja miało być zaproszenie wschodnich patriarchów i cesarza Jana VIII Paleologa na Sobór w Ferrarze. Swoje obowiązki wypełniał sumiennie i rzetelnie, a powierzona mu przez Ojca Świętego misja zakończyła się powodzeniem. Mimo, że sam nie wziął udziału we wspomnianym Soborze, wyjazd do Konstantynopola przyniósł Mikołajowi także wiele korzyści naukowych, ponieważ mógł tam przeprowadzić szerokie poszukiwania greckich rękopisów. Okazało się, że przywiózł ze sobą wiele cennych tekstów filozoficznych, co jeszcze bardziej podkreśliło jego sukces.

Mikołaj przyjął święcenia kapłańskie dopiero pomiędzy 1436 a 1440 rokiem (dokładna data ich przyjęcia jest nieznana). Kolejne lata po powrocie z Bizancjum spędził w Niemczech, gdzie wypełniał obowiązki zlecone mu przez Ojca Świętego, a także współpracował z Eneaszem Piccolominim (późniejszym papieżem Piusem II). Przez cały ten czas Mikołaj odnosił sukcesy naukowe, za które był powszechnie doceniany i szanowany. W 1448 roku Mikołaj otrzymał od papieża godność kardynalską, a obowiązki biskupie miał sprawować w Brixen. Następca świętego Piotra wyznaczył mu także nowe zadanie – przygotowanie narodu niemieckiego i czeskiego na Rok Jubileuszowy 1450. Głównym przesłaniem obchodów miało być głoszenie pokoju na świecie – począwszy od płaszczyzny zwykłych, codziennych kontaktów międzyludzkich, kończąc na sprawach wagi międzynarodowej. Niestety, w swojej działalności kardynał spotkał wiele trudności, ponieważ musiał zmierzyć się z nieprzychylnością (a nawet wrogością) ludzi, do których został posłany. Zdarzało się jednak, że niektórzy napotkani ludzie pozostawali pod ogromnym wrażeniem jego gorliwości, wytrwałości, religijności opartej oraz niestrudzonej posługi duszpasterskiej. Dla niektórych był także niezwykłym przykładem oddanej kontemplacji i całkowitego zawierzenia Bogu. Właśnie to było dla niego dodatkową motywacją do podejmowania dalszych wyzwań – takich jak na przykład prowadzenie pokojowych negocjacji. Dzięki staraniom biskupa w jego rodzinnej miejscowości powstała ogromna biblioteka, szpital, a także kaplica.

Wśród problemów i niepowodzeń, kardynał Krebs doświadczył także wydarzenia, które dało mu nadzieję. Bóg pokazał mu, jak wiele dobra może przyjść do człowieka przez bliźnich.

Mikołaj znany był ze swojego zamiłowania do rozważań i kontemplacji. Pewnego dnia udał się do małego, pięknie ozdobionego kościółka. Pogrążył się w modlitwie i ujrzał coś niesamowitego. Zobaczył, jak w małym kościółku modli się mnóstwo zakonnic. Pomimo ich ogromnej ilości, każda z sióstr miała miejsce. Żadna z nich nie klęczała, wszystkie stały, wpatrując się w jeden punkt. Miały otwarte ramiona, a dłonie kierowały w górę. Panował klimat zamyślenia, milczenia i kontemplacji. Kardynał zdziwił się, ponieważ nigdy nie zdarzyło mu się spotkać tak gorliwej i rozmodlonej wspólnoty. Kiedy przyjrzał się bliżej owym zakonnicom, zauważył, że każda trzyma w swych dłoniach człowieka – mężczyzn, kobiety, kapłanów, władców, czasem całe miasta, kraje itd.. Pomimo tego, że dla niektórych składana ofiara mogła wiązać się z ogromną odpowiedzialnością i ciężarem, na ich twarzach można było zobaczyć radość. Na dłoniach jednej z sióstr dostrzegł także samego siebie – widział dokładnie swoją twarz, wszystkie swoje potknięcia i błędy. Uważnie przyglądał się całej tej sytuacji – strach, który czuł na początku zaczął przeradzać się w ogromne szczęście.

Podczas tego wydarzenia Mikołajowi towarzyszył pewien człowiek – przewodnik, który wytłumaczył mu, że siostry ofiarowują swoją modlitwę, aby podtrzymać w wierze wszystkich tych, którzy nie przestali kochać Boga i wciąż podążają ku Niemu. Kardynał ucieszył się, widząc jak ogromne jest to wsparcie, by trwać dalej przy Najwyższym. Jednak momentalnie pojawiła się także wątpliwość: przecież wciąż tak wielu jest ludzi, którzy od Boga odchodzą. Wtedy też Mikołaj zobaczył inny obraz – tym razem ujrzał inne siostry, które modliły się w krypcie, w podziemiach kościoła. Przewodnik powiedział wtedy: „Tak są podtrzymywani ci, którzy przestali kochać. Bywa niekiedy, że się ogrzeją od żaru serc, które wyniszczają się dla nich, ale nie zawsze. Czasem, w godzinie śmierci, przechodzą z rąk tych, które jeszcze chcą ich zbawić, do rąk boskiego Sędziego, wobec którego muszą usprawiedliwić się także z ofiary za nich złożonej. Żadna ofiara nie pozostaje bezowocna, lecz kto nie przyjmuje ofiarowanego owocu, powoduje dojrzewanie owocu upadku.”

Wizja, którą Mikołaj ujrzał w małym kościółku, uświadomiła mu, jak wielką moc ma modlitwa, zawierzenie Bogu siebie i drugiego człowieka. Zobaczył ofiarę, która może uczynić cuda.

Zmarł 11 sierpnia 1464 roku. Do dziś wspominany jest jako wyjątkowy filozof, teolog, prawnik, matematyk i dyplomata. Przywołuje się także jego działania podejmowane na rzecz wprowadzania pokoju na świecie. Pomimo upływu lat wciąż podziwiana jest gorliwość i wytrwałość, którą odznaczał się wśród napotkanych trudności i niepowodzeń.

Jednak dla nas, współczesnych, jego życie może wnieś jeszcze jedną naukę. Nigdy nie zapominajmy, że „żadna ofiara nie pozostaje bezowocna”!