Archiwum dla Listopad, 2013

Podejmij wyzwanie!

Posted: 30 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in akcje, ddak, modlitwa
Tagi: , ,

Adwent

Jeszcze chwila… i nastanie Adwent. Rozpoczniemy nowy rok liturgiczny w Kościele. W tym roku Adwent trwać będzie 24 dni. Zapraszamy Was, abyście wykorzystali ten czas dobrze i przygotowali swoje wnętrza na przyjście Pana. Ale! Zadbali nie tylko o siebie, ale także i o Kościół. Proponujemy Wam, jak zwykle – modlitwę.

Nieprzypadkowo w kościele na Mszy świętej czy roratach będziemy widzieć kapłana ubranego w fioletowy ornat. Fiolet oznacza czas oczekiwania na Pana, czas skupienia i pokuty. W całym przedświątecznym zamieszaniu bardzo ciężko jednak o jakiekolwiek skupienie, gdy sklepowe półki uginają się od kolorowych opakowań i towaru: mikołajków, czekoladek, bombonierek, bombek, choinek, ozdóbek i tysięcy innych rzeczy, które udają, że są nam potrzebne. A o pokutę jeszcze ciężej, bo przecież kojarzy się ona z czymś przykrym i w tym całym „radosnym oczekiwaniu” nie ma za bardzo na nią miejsca. Wśród wielu to oczekiwanie jest tak radosne, że aż… bezmyślne.

Tymczasem pokuta jest wręcz nieodzowna dla chrześcijanina, bo jej istotą jest tak naprawdę nawrócenie. Nawrócenie, czyli odejście od zła, zmiana swojego nastawienia i zwrócenie się ku Bogu. Sobór Watykański II mówi o Kościele świętym, ale jednocześnie potrzebującym stałego oczyszczania, podejmującego pokutę i walkę o odnowienie.

Wielki Post i Adwent wiążą się z podejmowaniem różnych wyrzeczeń lub wyzwań. Z czegoś można zrezygnować lub też coś sobie „dodać” – np. jakieś zadanie do wypełnienia. Mamy dla Was propozycję. Niezależnie od tego czy macie już swojego „duchowego podopiecznego” lub też dopiero o tym myślicie – proponujemy Wam na czas Adwentu modlitwę za kapłana. To niekoniecznie musi być ktoś, kogo znacie. To może być całkowicie anonimowy ksiądz, a może też taki kapłan, który wzorem cnót zdecydowanie nie jest i w głębi serca nie przepadacie za nim lub wręcz w jakiś sposób cierpicie przez niego.

Chodzi o to, by odejść od tego, co jest łatwe i przyjemne, a podjąć walkę o uświęcenie Kościoła: walkę poprzez podjęcie się czegoś, na co byście się nie zdecydowali. Może to być w formie dodatkowej adopcji (wszak i tak możecie mieć już wielu adoptowanych i ten jeden może być obciążeniem), a może modlitwa za nieznajomego księdza lub takiego, którego nie lubicie. Zachęcamy Was do podjęcia się takiego adwentowego wyzwania. To może być czas owocny, ale i uzdrawiający, oczyszczający. Pod jednym warunkiem:

trzeba podejść do tego z wiarą.

Reklamy

Diakon, czyli kto?

Posted: 25 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

diakon

Nie da się mówić o kapłaństwie, bez wspomnienia o czymś nieco wcześniejszym. O diakonacie.

Święcenia diakonatu to pierwszy stopień sakramentu święceń. Dawniej mówiło się czasem o diakonacie jako o pierwszym stopniu święceń kapłańskich, ale to nie tak. Diakonat nie jest bowiem dla kapłaństwa. Diakonat jest dla posługi.

W obecnej wersji Katechizmu Kościoła Katolickiego nie ma czegoś takiego jak sakrament kapłaństwa. Jest za to sakrament święceń, na który składają się trzy stopnie: diakonat, prezbiterat i episkopat. Ale to trzy stopnie święceń, a nie trzy stopnie kapłaństwa, bo kapłaństwo to prezbiterat i episkopat.

Czym jest więc diakonat?

Utarło się przekonanie, że diakonat to po prostu „stan przejściowy”. Już duchowny, ale jeszcze nie ksiądz. Rok dzielący diakonat od prezbiteratu według niektórych jest tylko po to, by przygotować się do pełnienia posługi kapłana: asystuje się przy udzielaniu chrztu, rozdawaniu Komunii świętej, czytaniu Ewangelii, sprawowaniu sakramentaliów. Ot, „zobacz jak się to robi”. Takie spojrzenie ma w sobie dużo prawdy, ale pomija bardzo ważną podstawę tej funkcji – że diakon z języka greckiego oznacza „sługę”. Diakon, czyli sługa.

To bardzo ważna prawda dla każdego wyświęconego. Diakonat pozostawia w każdym duchownym niezatarte znamię i to na nim mocuje się kolejne stopnie święceń. Całe kapłaństwo jest budowane na diakonacie, czyli na posłudze. Każdy prezbiter i każdy biskup ustanowiony jest po to, by służyć. Uświadomienie sobie tego, istotne jest także dla kleryków, by nie traktowali tego czasu w sposób czysto techniczny, lecz pochylili się nad tym, co będzie definiować całe ich późniejsze życie. Nie tylko kapłaństwo ma swoje misterium. Bez braku zrozumienia, że są ustanowieni do posługi Kościołowi, ich dalsza ścieżka może zamienić się w zwyczajne „zaliczanie kolejnych etapów”.

Warto, by kapłani stawiali sobie swój własny diakonat przed oczami. Nikt go nie zabrał, on nie zniknął, nie stał się wcale „nieaktualny”. Wręcz przeciwnie – wszystko, co mamy w Kościele w wymiarze święceń, jest umocowane w diakonacie. Czyż nawet papież nie mówi o sobie, że jest sługą sług Bożych – servus servorum Dei?

Sposób na kryzys

Posted: 20 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Sobór na Lateranie (1215) to jeden z największych soborów w historii Kościoła. Brało w nim udział 800 opatów i 400 biskupów. Wszyscy mieli poczucie, że wieje Duch Święty i dzieje się coś istotnego. Kościół był w tamtym czasie na skraju przepaści, głównie z powodu wielu ruchów heretyckich, które stopniowo przyciągały do siebie coraz więcej wiernych,  masowo odchodzących od Kościoła. Tak, masowo! Celem więc było zastanowienie się nie tyle, jaka jest prawda o Bogu, lecz jak tę prawdę przekazać ludziom.

Sobór laterański to nie były typowe obrady, niczym z sejmowej mównicy. Jedynym, który mówił był papież, a 1200 uczestników pilnie zapisywało jego słowa. Papież miał bowiem konkretny pomysł na Kościół i potrzebował tylko ludzi, którzy się tym zajmą.

„Zobacz przechodniu miejsce, gdzie kiedyś najświętsi mężowie: Dominik, Franciszek i Anioł karmelita w boskich rozmowach trzymali lilie czuwania. Spędzali noc na pobożnych rozmowach i modlitwach.”

W celi św. Dominika w Rzymie, spotkało się trzech przedstawicieli spośród czterech zakonów żebrzących – brakowało wyłącznie augustianów. Gdy hierarchowie Kościoła obradowali na Soborze Laterańskim IV, to ci święci zebrali się razem, by modlić się za Kościół. Zakony żebrzące to była potężna siła, służąca temu, by zrealizować to, co sobór w Duchu Świętym wymyślił. Franciszek, Dominik i Anioł nie debatowali nad tym, co z Kościołem zrobić, tylko nad tym, jak zrobić to, co papież powiedział.

A cóż takiego powiedział biskup Rzymu? Jego pomysł był prosty, bo jego zdaniem wystarczyło robić tylko trzy rzeczy. Skoro Kościół jest w takim kryzysie, to ratować go można tylko przez: głoszenie Słowa Bożego, spowiednictwo i sprawowanie Eucharystii.

Słowo prowadzi do nawrócenia i Słowo prowadzi także do Eucharystii. Potrzeba było, by ktoś w końcu wreszcie zaczął głosić kazania, wówczas bowiem była to bardzo rzadka praktyka. I to właśnie wtedy wprowadzono przykazanie kościelne mówiące o przynajmniej jednej spowiedzi w roku i Komunii świętej na Wielkanoc.

Obrady Soboru przyniosły olbrzymie owoce. Pomysł był banalnie prosty. Tak prosty, że nie wydaje się realne, by to mogło zadziałać. Dziś przecież szukamy wymyślnych i nowoczesnych sposobów na przyciąganie ludzi do Kościoła: jakieś imprezy, akcje, koncerty. Tymczasem, tak naprawdę potrzeba bardzo niewiele. Dzisiejsze wychodzenie z kryzysu to nie ma być spęd przed imprezką, bo jak widzimy – to tak naprawdę nie za bardzo działa, a grozi spłaszczoną i powierzchowną religijnością. Taka działalność też jest ważna, owszem,  jednak potrzeba czegoś głębszego. Te trzy punkty, które przedstawił papież Innocenty III także i dziś będą miały moc! Niemal wszystko przecież już jest: mamy pomysły i mamy środki, by je realizować. Kapłani głoszą Słowo Boże, spowiadają i każdego dnia w kościołach sprawowane są Msze święte.

Coś jednak nadal nie gra. Chyba czegoś wciąż brak.

Tak. Ostatniego elementu. Nas.

Nie pomoże setka dekretów i kilkanaście nowych kanonów. Kościół wyszedł z zapaści nie samym pomysłem, lecz jego realizacją. Wtedy Innocenty III miał bowiem szczęście: przyszedł św. Dominik i św. Franciszek. Przyjęli to, co powiedział papież i poszli z tym do wiernych i to zrobili.

Cóż z tego, że sobór będzie miał fantastyczne pomysły, jeśli zabraknie ludzi, którzy nie przejęliby się jego nauką? Wielu z nas mówi, że Kościół trawi kryzys. Tak, bo upadek dotyczy nas samych. To my jesteśmy Kościołem i to my nie umiemy wyjść na prostą. Wszelkie dni świetności Kościoła zawsze miały u podstaw oddolny ruch wiernych. Św. Franciszek nie był przecież księdzem. Na początku, gdy po raz pierwszy zatwierdzał regułę, na audiencji u papieża był on i zaledwie jedenastu braci! To nawet nie był zakon. To była zwykła grupka ludzi, która chciała żyć Ewangelią. Dopiero później zrobił się z tego zakon, a na dzień dzisiejszy – cała gałąź, a nawet osobna duchowość.

Kościół nie upadnie i o to nie ma co się bać. Ale nie możemy pozwolić, byśmy stali tak – pochyleni, trzeszczący u fundamentów. Jesteśmy tutaj – w DDAK – i stanowimy może i  małe, ale jednak istotne zaplecze modlitewne Kościoła. Korzystajmy z łaski kapłaństwa: słuchajmy Słowa Bożego, spowiadajmy się i przyjmujmy często Ciało Chrystusa – nie tylko w niedzielę. Starajmy się nie tylko o tę naszą codzienną modlitwę, ale i o to, by jej owoce ożywiały nasze życie, a przez to tych, którzy są wokół nas.

Za oknem zbliża się zima. Ciężko jednak o świeże owoce zimą. Niech więc w naszych sercach nastanie już wiosna dla nas i całego Kościoła. Na owoce czeka się długo. Ale dzięki ciągłej dbałości, trosce i wytrwałości – ostatecznie rozkwitają.