Archiwum dla Listopad, 2013

Podejmij wyzwanie!

Posted: 30 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in akcje, ddak, modlitwa
Tagi: , ,

Adwent

Jeszcze chwila… i nastanie Adwent. Rozpoczniemy nowy rok liturgiczny w Kościele. W tym roku Adwent trwać będzie 24 dni. Zapraszamy Was, abyście wykorzystali ten czas dobrze i przygotowali swoje wnętrza na przyjście Pana. Ale! Zadbali nie tylko o siebie, ale także i o Kościół. Proponujemy Wam, jak zwykle – modlitwę.

Nieprzypadkowo w kościele na Mszy świętej czy roratach będziemy widzieć kapłana ubranego w fioletowy ornat. Fiolet oznacza czas oczekiwania na Pana, czas skupienia i pokuty. W całym przedświątecznym zamieszaniu bardzo ciężko jednak o jakiekolwiek skupienie, gdy sklepowe półki uginają się od kolorowych opakowań i towaru: mikołajków, czekoladek, bombonierek, bombek, choinek, ozdóbek i tysięcy innych rzeczy, które udają, że są nam potrzebne. A o pokutę jeszcze ciężej, bo przecież kojarzy się ona z czymś przykrym i w tym całym „radosnym oczekiwaniu” nie ma za bardzo na nią miejsca. Wśród wielu to oczekiwanie jest tak radosne, że aż… bezmyślne.

Tymczasem pokuta jest wręcz nieodzowna dla chrześcijanina, bo jej istotą jest tak naprawdę nawrócenie. Nawrócenie, czyli odejście od zła, zmiana swojego nastawienia i zwrócenie się ku Bogu. Sobór Watykański II mówi o Kościele świętym, ale jednocześnie potrzebującym stałego oczyszczania, podejmującego pokutę i walkę o odnowienie.

Wielki Post i Adwent wiążą się z podejmowaniem różnych wyrzeczeń lub wyzwań. Z czegoś można zrezygnować lub też coś sobie „dodać” – np. jakieś zadanie do wypełnienia. Mamy dla Was propozycję. Niezależnie od tego czy macie już swojego „duchowego podopiecznego” lub też dopiero o tym myślicie – proponujemy Wam na czas Adwentu modlitwę za kapłana. To niekoniecznie musi być ktoś, kogo znacie. To może być całkowicie anonimowy ksiądz, a może też taki kapłan, który wzorem cnót zdecydowanie nie jest i w głębi serca nie przepadacie za nim lub wręcz w jakiś sposób cierpicie przez niego.

Chodzi o to, by odejść od tego, co jest łatwe i przyjemne, a podjąć walkę o uświęcenie Kościoła: walkę poprzez podjęcie się czegoś, na co byście się nie zdecydowali. Może to być w formie dodatkowej adopcji (wszak i tak możecie mieć już wielu adoptowanych i ten jeden może być obciążeniem), a może modlitwa za nieznajomego księdza lub takiego, którego nie lubicie. Zachęcamy Was do podjęcia się takiego adwentowego wyzwania. To może być czas owocny, ale i uzdrawiający, oczyszczający. Pod jednym warunkiem:

trzeba podejść do tego z wiarą.

Diakon, czyli kto?

Posted: 25 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

diakon

Nie da się mówić o kapłaństwie, bez wspomnienia o czymś nieco wcześniejszym. O diakonacie.

Święcenia diakonatu to pierwszy stopień sakramentu święceń. Dawniej mówiło się czasem o diakonacie jako o pierwszym stopniu święceń kapłańskich, ale to nie tak. Diakonat nie jest bowiem dla kapłaństwa. Diakonat jest dla posługi.

W obecnej wersji Katechizmu Kościoła Katolickiego nie ma czegoś takiego jak sakrament kapłaństwa. Jest za to sakrament święceń, na który składają się trzy stopnie: diakonat, prezbiterat i episkopat. Ale to trzy stopnie święceń, a nie trzy stopnie kapłaństwa, bo kapłaństwo to prezbiterat i episkopat.

Czym jest więc diakonat?

Utarło się przekonanie, że diakonat to po prostu „stan przejściowy”. Już duchowny, ale jeszcze nie ksiądz. Rok dzielący diakonat od prezbiteratu według niektórych jest tylko po to, by przygotować się do pełnienia posługi kapłana: asystuje się przy udzielaniu chrztu, rozdawaniu Komunii świętej, czytaniu Ewangelii, sprawowaniu sakramentaliów. Ot, „zobacz jak się to robi”. Takie spojrzenie ma w sobie dużo prawdy, ale pomija bardzo ważną podstawę tej funkcji – że diakon z języka greckiego oznacza „sługę”. Diakon, czyli sługa.

To bardzo ważna prawda dla każdego wyświęconego. Diakonat pozostawia w każdym duchownym niezatarte znamię i to na nim mocuje się kolejne stopnie święceń. Całe kapłaństwo jest budowane na diakonacie, czyli na posłudze. Każdy prezbiter i każdy biskup ustanowiony jest po to, by służyć. Uświadomienie sobie tego, istotne jest także dla kleryków, by nie traktowali tego czasu w sposób czysto techniczny, lecz pochylili się nad tym, co będzie definiować całe ich późniejsze życie. Nie tylko kapłaństwo ma swoje misterium. Bez braku zrozumienia, że są ustanowieni do posługi Kościołowi, ich dalsza ścieżka może zamienić się w zwyczajne „zaliczanie kolejnych etapów”.

Warto, by kapłani stawiali sobie swój własny diakonat przed oczami. Nikt go nie zabrał, on nie zniknął, nie stał się wcale „nieaktualny”. Wręcz przeciwnie – wszystko, co mamy w Kościele w wymiarze święceń, jest umocowane w diakonacie. Czyż nawet papież nie mówi o sobie, że jest sługą sług Bożych – servus servorum Dei?

Sposób na kryzys

Posted: 20 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Sobór na Lateranie (1215) to jeden z największych soborów w historii Kościoła. Brało w nim udział 800 opatów i 400 biskupów. Wszyscy mieli poczucie, że wieje Duch Święty i dzieje się coś istotnego. Kościół był w tamtym czasie na skraju przepaści, głównie z powodu wielu ruchów heretyckich, które stopniowo przyciągały do siebie coraz więcej wiernych,  masowo odchodzących od Kościoła. Tak, masowo! Celem więc było zastanowienie się nie tyle, jaka jest prawda o Bogu, lecz jak tę prawdę przekazać ludziom.

Sobór laterański to nie były typowe obrady, niczym z sejmowej mównicy. Jedynym, który mówił był papież, a 1200 uczestników pilnie zapisywało jego słowa. Papież miał bowiem konkretny pomysł na Kościół i potrzebował tylko ludzi, którzy się tym zajmą.

„Zobacz przechodniu miejsce, gdzie kiedyś najświętsi mężowie: Dominik, Franciszek i Anioł karmelita w boskich rozmowach trzymali lilie czuwania. Spędzali noc na pobożnych rozmowach i modlitwach.”

W celi św. Dominika w Rzymie, spotkało się trzech przedstawicieli spośród czterech zakonów żebrzących – brakowało wyłącznie augustianów. Gdy hierarchowie Kościoła obradowali na Soborze Laterańskim IV, to ci święci zebrali się razem, by modlić się za Kościół. Zakony żebrzące to była potężna siła, służąca temu, by zrealizować to, co sobór w Duchu Świętym wymyślił. Franciszek, Dominik i Anioł nie debatowali nad tym, co z Kościołem zrobić, tylko nad tym, jak zrobić to, co papież powiedział.

A cóż takiego powiedział biskup Rzymu? Jego pomysł był prosty, bo jego zdaniem wystarczyło robić tylko trzy rzeczy. Skoro Kościół jest w takim kryzysie, to ratować go można tylko przez: głoszenie Słowa Bożego, spowiednictwo i sprawowanie Eucharystii.

Słowo prowadzi do nawrócenia i Słowo prowadzi także do Eucharystii. Potrzeba było, by ktoś w końcu wreszcie zaczął głosić kazania, wówczas bowiem była to bardzo rzadka praktyka. I to właśnie wtedy wprowadzono przykazanie kościelne mówiące o przynajmniej jednej spowiedzi w roku i Komunii świętej na Wielkanoc.

Obrady Soboru przyniosły olbrzymie owoce. Pomysł był banalnie prosty. Tak prosty, że nie wydaje się realne, by to mogło zadziałać. Dziś przecież szukamy wymyślnych i nowoczesnych sposobów na przyciąganie ludzi do Kościoła: jakieś imprezy, akcje, koncerty. Tymczasem, tak naprawdę potrzeba bardzo niewiele. Dzisiejsze wychodzenie z kryzysu to nie ma być spęd przed imprezką, bo jak widzimy – to tak naprawdę nie za bardzo działa, a grozi spłaszczoną i powierzchowną religijnością. Taka działalność też jest ważna, owszem,  jednak potrzeba czegoś głębszego. Te trzy punkty, które przedstawił papież Innocenty III także i dziś będą miały moc! Niemal wszystko przecież już jest: mamy pomysły i mamy środki, by je realizować. Kapłani głoszą Słowo Boże, spowiadają i każdego dnia w kościołach sprawowane są Msze święte.

Coś jednak nadal nie gra. Chyba czegoś wciąż brak.

Tak. Ostatniego elementu. Nas.

Nie pomoże setka dekretów i kilkanaście nowych kanonów. Kościół wyszedł z zapaści nie samym pomysłem, lecz jego realizacją. Wtedy Innocenty III miał bowiem szczęście: przyszedł św. Dominik i św. Franciszek. Przyjęli to, co powiedział papież i poszli z tym do wiernych i to zrobili.

Cóż z tego, że sobór będzie miał fantastyczne pomysły, jeśli zabraknie ludzi, którzy nie przejęliby się jego nauką? Wielu z nas mówi, że Kościół trawi kryzys. Tak, bo upadek dotyczy nas samych. To my jesteśmy Kościołem i to my nie umiemy wyjść na prostą. Wszelkie dni świetności Kościoła zawsze miały u podstaw oddolny ruch wiernych. Św. Franciszek nie był przecież księdzem. Na początku, gdy po raz pierwszy zatwierdzał regułę, na audiencji u papieża był on i zaledwie jedenastu braci! To nawet nie był zakon. To była zwykła grupka ludzi, która chciała żyć Ewangelią. Dopiero później zrobił się z tego zakon, a na dzień dzisiejszy – cała gałąź, a nawet osobna duchowość.

Kościół nie upadnie i o to nie ma co się bać. Ale nie możemy pozwolić, byśmy stali tak – pochyleni, trzeszczący u fundamentów. Jesteśmy tutaj – w DDAK – i stanowimy może i  małe, ale jednak istotne zaplecze modlitewne Kościoła. Korzystajmy z łaski kapłaństwa: słuchajmy Słowa Bożego, spowiadajmy się i przyjmujmy często Ciało Chrystusa – nie tylko w niedzielę. Starajmy się nie tylko o tę naszą codzienną modlitwę, ale i o to, by jej owoce ożywiały nasze życie, a przez to tych, którzy są wokół nas.

Za oknem zbliża się zima. Ciężko jednak o świeże owoce zimą. Niech więc w naszych sercach nastanie już wiosna dla nas i całego Kościoła. Na owoce czeka się długo. Ale dzięki ciągłej dbałości, trosce i wytrwałości – ostatecznie rozkwitają.

„Jeśli Bóg Cię wzywa, to będzie to błogosławione”

Posted: 18 listopada 2013 by Agnieszka Dankiewicz in historie
Tagi:

Poniższa historia opowiada różne fakty z życia rodziny papieża Franciszka. Jednak to także świadectwo – świadectwo tego, w jak dużym stopniu rodzina wpływa na rozwój powołania u młodego człowieka.

Na stronie przedstawialiśmy już teksty, które pokazywały rodziców wspierających swoich synów w podjęciu posługi kapłańskiej. Tym razem osobą, której wsparcie okazało się nieocenione, była babcia.

Portacomaro – mała miejscowość we włoskim Piemoncie. Giovanni Bergoglio (wraz z żoną Rosą Marghertią Vasallo) prowadził zakład cukierniczy. W okresie I Wojny Światowej prowadzony przez nich interes przeżył kryzys, jednak z czasem udało się przywrócić mu dawną świetność. Pomimo trudów i problemów, rodzinie niczego nie brakowało.

Nadszedł czas, w którym państwo Bergoglio zdecydowali się na przeprowadzkę do Argentyny. Stało się tak z kilku powodów. Przede wszystkim – mieszkali tam bracia Giovanniego, dlatego rodzina chciała zamieszkać razem z najbliższymi krewnymi.  Dodatkowo: sytuacja polityczna we Włoszech zrobiła się trudna, ponieważ bardzo rozpowszechniła się ideologia faszystowska. O wyborze docelowego miejsca przeprowadzki mógł przesądzić również fakt, że w tamtym czasie Argentyna wydawała się być „ziemią obiecaną” dla imigrantów – uważano ją za kraj z dużą perspektywą dalszego rozwoju ekonomicznego, a także szerokimi możliwościami otrzymania dobrego zatrudnienia.

Przed wyjazdem państwo Bergoglio wystawili na sprzedaż dobra należące do rodziny, aby w ten sposób uzyskać pieniądze potrzebne na wyjazd. W tamtym czasie rodzina doświadczyła pewnego cudu. Początkowo planowali popłynąć do Argentyny statkiem Principessa Mafalda. Jednak sprzedaż rodzinnych własności niespodziewanie przedłużyła się, przez co państwo Bergoglio nie zdążyli wsiąść na wspomniany statek. Dopiero z czasem okazało się, że stało się tak na ich szczęście, ponieważ statek zatonął na wysokości północnej części Brazylii. Popłynęli późniejszym rejsem (statkiem Giulio Cesare) i dotarli do Buenos Aires w styczniu 1929 roku.

O sytuacji, jaką rodzina Bergoglio zastała w Argentynie, papież Franciszek mówił w jednym z wywiadów: „Trzej bracia mojego dziadka byli tam już od 1922 roku i otworzyli zakład brukarski w Paranie. Zbudowali czterokondygnacyjną kamienicę, która jako pierwszy dom w mieście miała windę… Każdy z braci zamieszkiwał jedną kondygnację”. Fakt, że rodzina Bergoglio niemalże od razu po przeprowadzce mogła zamieszkać w rodzinnej kamienicy był bardzo istotny, ponieważ większość imigrantów na początku swojego pobytu w Argentynie trafiało do specjalnie przygotowanych ośrodków („hoteli”) w Buenos Aires.

W tamtym czasie Mario Bergoglio (ojciec przyszłego papieża) miał 21 lat. We Włoszech zostawił dalszych krewnych, a także przyjaciół. Jednak pomimo dzielącej ich odległości, nigdy nie zerwał z nimi kontaktu. Dla Mario zawsze ważny był drugi człowiek – dlatego też tak bardzo troszczył się o więzi rodzinne i przyjacielskie. Miał duży sentyment do swojej ojczyzny i środowiska, w którym się wychowywał – starał się nie uzewnętrzniać swojej tęsknoty za wszystkim tym, co zostawił w Portacomaro, ponieważ miał świadomość, że teraz rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu i najważniejszą rzeczą, którą powinien zrobić w takim momencie jest skupienie się na przyszłości.

W roku 1932 nastał kryzys. Giovanni pożyczył dość sporą kwotę pieniędzy, aby kupić magazyn i rozpocząć nowy interes. Mario, który zdobył wykształcenie księgowego, pracował w rodzinnym zakładzie brukarskim, zajmując się tam sprawami administracyjnymi. Widząc trud podjęty przez ojca, starał się jak najbardziej go wesprzeć – dlatego też regularnie pomagał mu przy dystrybucji towarów. W wyniku drastycznego pogorszenia się sytuacji gospodarczej, rodzinna firma brukarska zbankrutowała, przez co sytuacja państwa Bergoglio znacząco się pogorszyła. Jednak wszystkie doświadczenia jeszcze bardziej wzmocniły jedność rodziny i utwierdziły ją w dotychczasowym przekonaniu, że bez względu na ilość posiadanych dóbr to prostota powinna wyznaczać kierunek w ich życiu.

Wtedy też rodzina przeprowadziła się do Buenos Aires. Było to miasto portowe, które coraz bardziej się rozwijało i rozbudowywało – wydawało się, że właśnie tam łatwiej będzie zdobyć pracę i przeżyć trwający kryzys. Giovanni, chcąc poprawić sytuację materialną swojej rodziny, postanowił kupić sklep spożywczy. Mario po raz kolejny zdecydował się pomóc ojcu, z czasem zaczął myśleć o założeniu własnej rodziny i uznał dochody ze sklepu za niewystarczające na utrzymanie tylu członków rodziny. W 1934 roku, podczas Mszy w salezjańskim oratorium, Mario poznał Reginę Siviori. Pobrali się 12 grudnia 1935 roku, a 17 grudnia 1936 roku urodził się ich pierwszy syn – Jorge Mario. Z czasem na świat przyszły kolejne dzieci państwa Bergoglio – w sumie urodziło się ich pięcioro.

Mario nadal pracował jako księgowy – tym razem zatrudniał się w przedsiębiorstwach, które nie były związane z rodzinnymi interesami. Pensja ojca mogła wydawać się niezbyt wysoka, jednak wystarczała na dostatnie życie. Wprawdzie rodziny nie było stać na dalsze wyjazdy lub kupno samochodu, ale wciąż najważniejszym celem było zapewnienie wszystkich niezbędnych do życia elementów. W wolnym czasie Mario lubił uprawiać sport. Nieopodal miejsca, w którym mieszkała rodzina państwa Bergoglio, znajdował się klub sportowy – dzieci z okolicy mogły tam uczyć się gier zespołowych i rozwijać swoje sportowe umiejętności. Jorge Mario zdecydowanie odziedziczył pasję do sportu po swoim ojcu, który zabierał go na przykład na mecze koszykówki.

Regina nie pracowała zawodowo – zajmowała się dziećmi i domem. Starała się zadbać o rozwój kulturalny dzieci – w każdą sobotę słuchała z nimi audycji, podczas których emitowane były różne opery. To właśnie matce dzieci zawdzięczają zamiłowanie do muzyki klasycznej.

W rodzinie Bergoglio bardzo ważne były formy wspólnego spędzania czasu. Państwo Bergoglio grali razem z dziećmi w karty i chodzili na mecze piłki nożnej, aby razem kibicować lokalnej drużynie. Wszystkie te wspólne zajęcia jeszcze bardziej uczyły dzieci, jak ważne jest budowanie rodzinnych więzi – nawet przy okazji tak codziennych i zwykłych działań.

Jednak nie tylko rodzice odegrali istotną rolę w życiu dzieci. Dla papieża Franciszka najważniejszą osobą, która przyczyniła się do rozwoju jego powołania była babcia. Rosa była osobą, która dużą wagę przywiązywała do tradycji, wiary i religii. Sama wychowywała się w bardzo wierzącej rodzinie, dlatego też wszystkie zasady, wraz z nauczaniem Kościoła, starała się przekazać zarówno swoim dzieciom, jak i wnukom. Kiedy dowiedziała się, że jej wnuk, Jorge Mario, podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium, powiedziała mu: „jeśli Bóg Cię wzywa, to będzie to błogosławione. Ale nie zapomnij, proszę, że drzwi domu są zawsze dla ciebie otwarte i nikt nie zrobi ci najmniejszej wymówki, jeśli zdecydujesz się wrócić.”. Natomiast w swoim testamencie napisała: „Żeby moje wnuki, którym oddałam to, co miałam najlepsze w moim sercu, miały życie długie i szczęśliwe. Ale jeśli pewnego dnia ból, choroba albo strata ukocha­nej osoby pogrążą je w rozpaczy, niech pamięta­ją, że jedno westchnienie w stronę tabernakulum, gdzie znajduje się największy i najdostojniejszy Męczennik, i jedno spojrzenie na Maryję u stóp krzyża mogą sprawić, że spłynie na nich kropla balsamu kojącego rany najgłębsze i najbardziej bolesne.”

Papież wspomina, że to właśnie rady babci, a także dobre słowa, które usłyszał od niej na przestrzeni lat, dodawały mu otuchy i pomagały przy podjęciu ważnych życiowych decyzji. Dodaje, że przypomina je sobie zawsze wtedy, gdy ktoś przychodzi do niego z prośbą o radę. Jorge wstąpił do zakonu Jezuitów 11 marca 1958 roku. Święcenia kapłańskie przyjął 13 grudnia 1969 roku, a wieczystą profesję złożył 22 kwietnia 1973.

Cytaty zaczerpnięto z książki:

„Franciszek. Papież z końca świata.”

(autor książki: Leszek Śliwa; wyd. WAM)

Wstydzisz się?

Posted: 14 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Jeżeli ustami swoimi wyznasz, że PANEM JEST JEZUS, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. (Rz 10, 9)

Pierwsi chrześcijanie nie mogli usiedzieć na miejscu. Dobra Nowina ogarniała ich serca, rozpalała miłością do Tego, który oddał za nich swoje życie. Naturalną konsekwencją było to, że gdzie tylko mogli, opowiadali o Chrystusie. Ich życie różniło się od innych wyraźnie. Nie byli zwykłymi „dobrymi ludźmi” – oni dążyli do tego, żeby być świętymi.

Jak często słyszałam, że nie trzeba za dużo mówić (a w tym przypadku, to prawie w ogóle nie trzeba), bo wystarczy, że życiem świadczymy o Chrystusie. W takim razie, czym się moje życie różni od innych? Czy faktycznie widać w nim, że to Jezus jest Panem? Czy może żyję tak normalnie i w sumie nawet, jako niewierząca, żyłabym tak samo? Co muszę zmienić, żeby moje świadectwo było prawdziwe? Czy same czyny wystarczą?

Minął wieczór i poranek, a w moim sercu cały czas grzmiały słowa: „jeśli ustami swoimi wyznasz, że Panem jest Jezus..!”. Już przy tym pierwszym warunku miałam problem. Trudno jest mówić o Jezusie. W autobusie zauważyłam siostrę zakonną. Po takiej osobie można się spodziewać, że będzie mówić o Bogu, to jest oczywiste. Ale ja nie mam habitu, który pokazuje, komu zawierzyłam swoje życie. Co widać po mnie? Jestem zwykłą dziewczyną, która prowadzi zwykłe rozmowy. Jestem też osobą wierzącą. Potrafię w sercu przyznać, że to Bóg jest dla mnie najważniejszy, a jednak, jeśli chodzi o moje słowa, to zawsze znajdzie się coś wyżej. Czyżbyśmy mieli ważniejsze tematy, ciekawsze wydarzenia? „Jeśli ustami swoimi wyznasz…” Czy pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałam z kimś o Jezusie? Kiedy opowiadałam o tym, jak wielkiej łaski doświadczam od Niego? Przecież On JEST, codziennie, i jeśli tylko spojrzę z wdzięcznością na moje dni, to muszę przyznać, że w moim życiu działa. Jest więc, o czym opowiadać. Ale o tym (wśród katolików) często się nie mówi. Ja o tym nie mówię. Wstydzę się? Boję się, że ludzie będą mnie uznawali za wariatkę? Może uważam, że, gdybym zaczęła opowiadać o Bogu, to ich tym zniechęcę, bo stwierdzą, że jestem „nawiedzona”?

Będą (być może) tacy, którzy mnie wyśmieją, bądź odejdą, bo nie chcą przebywać z kimś, kto mówi o Jezusie. Czy to ma mnie powstrzymać? Czy przebywanie z ludźmi, którzy nie potrafią znieść tego, co jest dla mnie najważniejsze jest sensowne i wartościowe? A może jednak będzie inaczej? Są, bowiem i ci, którzy poszukują, bo mają dość życia według prowadzących do niczego standardów tego świata, a lgną do tych, którzy szczerze wyznają, czym jest źródło ich szczęścia. Tam znajdują żywą wspólnotę. Tylko, że w tym przypadku, to często nie są katolicy. Dlaczego nie my? Bo nie widać w nas życia. Zabrakło nam radości, chwalenia Boga za wszystkie Jego dzieła. Wtedy, kiedy jesteśmy pełni życia przyciągamy innych. Kiedy chce się nam wychodzić do innych ludzi z uśmiechem, życzliwością (bo przecież i oni są dziećmi Boga). Gdzieś uciekła nam wdzięczność, dzięki której dostrzegamy, że wszystko jest darem. Gdy mamy ją w sobie, mówimy o tym. Mówimy w różnych okolicznościach, w codziennych doświadczeniach (nie tylko na zamkniętych spotkaniach modlitewnych, wśród swoich, ale właśnie pośród tych, którzy nie wiedzą a szukają). Wtedy wyraźnie widać źródło naszego szczęścia, nadziei i całego życia. Przecież to Jezus Chrystus jest jego źródłem. Czyżby zabrakło Jego? Nie, Jezus jest i to w wyjątkowy sposób, bo daje nam Swoje Ciało na pokarm. Jest aż tak blisko. Może tylko zabrakło w nas chęci, by to Jego pokazywać na zewnątrz? Może sami zapominamy, że to przez Niego żyjemy i doświadczamy wszelkiego dobra? Właśnie dzięki tej świadomości nasze świadectwo powinno być pełne radości i nadziei.

By nie zamazywać w sobie tego obrazu, powinniśmy się w końcu odważyć, wyjść zza zamkniętych drzwi wieczernika i zacząć opowiadać wszystkim o Zmartwychwstałym. Wówczas nasze uczynki i słowa będą musiały być spójne. To jest trudne, ale dobre. Trudne, bo wymaga poświęcenia i olbrzymiej konsekwencji w działaniu, radykalizmu. Ale dobre, bo i święci byli radykalni. Jezus jest radykalny. Czy ja nie szukam dla siebie innej drogi do zbawienia – jakiejś pobocznej, poza Chrystusem i świętością? Łatwiej jest żyć tylko według jednego kryterium, oddzielając słowa od uczynków. Problem w tym, że wtedy jedno będzie przeczyło drugiemu, będę żyć w zakłamaniu. Stąd – nie można odłączyć świadectwa słów od świadectwa życia. Przeciwnie: wszystko ma być spójne i przez to prawdziwe. Wtedy będziemy mieli w sobie pokój – brak wewnętrznego skłócenia, a ludzie wokół nas będą wiedzieli, że takie życie ma sens, bo Bóg jest jego fundamentem i celem.

Danusia Kucharska

Zrujnowany kościół

Posted: 10 listopada 2013 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Popatrz, Kościół jest zniszczony, jest w upadku, jest ruiną i właściwie po co ty się go jeszcze trzymasz? Kościół to przeszłość, która nie pasuje do naszych czasów. To może było dobre w średniowieczu, ale nie dla nas, myślących ludzi.

Czy to nie brzmi nam znajomo?

To jest pokusa. Jesteśmy kuszeni upadającym Kościołem. Czytamy nagłówki gazet, widzimy programy telewizyjne, słyszymy w radiu – o zgorszeniach, o głupocie, o grzechach. Coraz więcej jest zamykanych i wyburzanych świątyń, kaplic straszących odpadającym tynkiem – a coraz mniej wiernych. Spotykamy też różnych ludzi: we wspólnotach, w parafiach, wokół siebie. I niekoniecznie ich polubimy. Nie zawsze mają kryształowe, wzorowe charaktery. A co dopiero ten tam co pod ścianą siedzi, no świętym Pawłem to on nie jest!

Jesteśmy kuszeni obrazem zrujnowanego Kościoła. Jak nie dać się takiej pokusie? Trzeba Kościołowi uwierzyć. Nie weźmiemy za niego odpowiedzialności, dopóki nie zdamy sobie sprawy, że zostaliśmy powierzeni Kościołowi przez Chrystusa. Trzeba najpierw dać się powierzyć Matce, a potem się o nią zatroszczyć.

Jak wiele zmienia takie spojrzenie: Kościół został nam dany przez Boga. I że jest naszą Matką. A jak traktujemy swoją Mamę? Czy będziemy okazywali jej naszą butę i arogancję? Czy też – widząc, że jest osłabiona – zatroszczymy się o nią?  Nie oznacza to tego, abyśmy byli ślepi na jej słabości i niedomagania, lecz wręcz przeciwnie – mamy je widzieć i im przeciwdziałać. Wspomagać tam gdzie potrzeba, uzupełniać to, czego brakuje, i pilnować się – by nie zabrać nic z tego, co dla niej zawsze ważne – żeby jej nie okraść… 

Pan Bóg posyła nas, byśmy odbudowywali swój Kościół. Nie dajmy się przestraszyć ruinami, lecz zabierzmy się do pracy. Budynek, gdy już postawimy fundamenty, musimy powoli i cierpliwie odnawiać: cegiełka po cegiełce. Kościół to nie instytucja, lecz wspólnota ludzi. Dbajmy więc o siebie: jeden o drugiego, u źródeł mając wolę naszego Ojca.