Archiwum dla Styczeń, 2014

Moment zatrzymania

Posted: 28 stycznia 2014 by Sandra Kwiecień in ogłoszenie, święci i błogosławieni
Tagi:

Od zeszłego tygodnia na stronie panuje „cisza”. Większość członków akcji to studenci, więc chwila obecna jest czasem przystępowania do zaliczeń i egzaminów. Przyjmujemy Wasze maile troszeczkę wolniej niż zwykle, lecz cały czas o Was pamiętamy. Prosimy Was o odrobinę cierpliwości. Od przyszłego tygodnia wracamy do publikowania artykułów, rozpoczniemy kolejną wysyłkę Kart Adopcyjnych oraz znów płynnie będziemy odbierać pocztę mailową oraz tę tradycyjną (dzięki, że w ten sposób także do nas piszecie!). Niemniej z Waszymi deklaracjami modlitewnymi staramy się być na bieżąco i odbieramy je, gdy tylko możemy.

Wielu spośród uczestników to studenci, toteż chcemy z Wami podzielić się odrobiną nadziei. Nie życzymy jednak żadnego połamania pióra, czy „trzymania kciuków”. Pocieszymy Was po chrześcijańsku 🙂 Przedstawię Wam postać chyba nie każdemu znaną. Mnie jednakże tak, ze względu na wspólne cechy, takie jak brak jakichkolwiek talentów, a ten święty to czasem (a w zasadzie zwłaszcza dziś) moja nić łącząca mnie z niebem. W czasach, gdy trzeba umieć wszystko, trzeba być najlepszym, na wszystkim się znać – kiedy dominuje wyścig szczurów, a w pracy czy na studiach trzeba umieć się „sprzedać” i zareklamować, by coś osiągnąć – lubię patrzeć na tę barwną postać. Bo nie wszyscy święci są tacy sami!

Św. Józef z Kupertynu. Jeden z chyba najskąpiej obdarzonych ludzi na świecie.  Natura nie udzieliła mu żadnego ze swoich darów. Sam siebie nazywał bratem-osłem. Nie potrafił zdać żadnego egzaminu, niezdolny był poprowadzić rozmowy; niezdolny jednocześnie do zajęć domowych, nie mógł dotknąć talerza, by go nie stłuc. Pozbawiony zdolności umysłu i sprawności zmysłów, zdawał się nie posiadać danych potrzebnych zarówno dla uczonego, jak i dla dobrego służącego.

Uleczony ze straszliwej choroby, chciał wstąpić do zakonu i tu spotkał go cały szereg przeszkód i niepowodzeń. Pragnął być przyjętym do klasztoru – odmówili mu; później jednak udało mu się zacząć nowicjat, ale go nie skończył. Wrócił do grona świeckich, a po pewnym czasie znów wrócił do klasztoru. Miotając się, zewsząd odpychany, sam już w końcu nie wiedział co robi i czego pragnie.

Pomijając cały jego ciężki żywot, ponowne wyrzucenie z klasztoru, przepędzenie przez rodzinę, po bardzo wielu nieudanych próbach dokonania czegokolwiek w swoim życiu, na koniec dostał się (jednak!) do klasztoru w Grotella, gdzie powierzono mu opiekę nad mułami. Józef umiał zaledwie czytać i pisać, a mimo to chciał być księdzem. Nigdy nie był zdolny wytłumaczyć żadnej z Ewangelii roku, oprócz tej, która zawiera słowa: „Błogosławione wnętrzności, które cię nosiły”. Jakimś cudem stanął Józef do egzaminu na diakona. Biskup otworzył księgę Ewangelii i trafił właśnie na słowa: „Błogosławione wnętrzności, które cię nosiły”. Józef nie mógł powstrzymać uśmiechu, ale objaśnił tekst doskonale. Pozostawały ostatnie egzaminy kapłańskie. Tu rzecz odbyła się w sposób nadzwyczajny. Pierwsi, którzy przystąpili do egzaminu, zdali go tak świetnie, że biskup przekonany, że wszyscy znają przedmiot swój równie dobrze, przyjął pozostałych bez egzaminu. Wśród pozostałych był właśnie Józef. Mimo więc swojej nieudolności, wbrew wszystkim ludziom, którzy wieszczyli mu porażkę, został kapłanem 4 marca 1628 r.

Pewnego dnia kazano mu objaśnić jakiś ustęp brewiarza. Józef otworzył księgę i trafił na naukę o św. Katarzynie ze Sieny. Ustęp zaczynał się słowami: „Catharina, virgo senensis, ex Benincaris piis orta parentibus” – „Katarzyna, dziewica ze Sieny, urodzona z Beninkarów, pobożnych rodziców”. Otóż Józef czytając ten ustęp, opuścił wyraz: ex Benincaris. Kazano mu czytać po raz wtóry, lecz on znów opuścił te słowa; rozkazali mu odczytać po raz trzeci, znów to samo. Kazano mu przyjrzeć się uważnie. Nadaremnie wysilał wzrok, ale nie mógł dojrzeć wyrazu, który mu kazali odczytać. W jakiś czas później Kongregacja Rytuału wykreśliła ten wyraz.

Ten człowiek, który nic nie umiał, nic nie rozumiał, który nie umiał porozumiewać się z innymi ludźmi, który niczego nie mógł się nauczyć, pozbawiony zupełnie przytomności umysłu, nauki oraz umiejętności ukrycia swoich braków i usterek, człowiek ten wychodził zwycięsko ze wszystkich egzaminów, ze wszystkich badań, ze wszystkich prób, którym go poddawano.

No to dlaczego jednak jest świętym? Przecież ludzie mu współcześni nie mieli pojęcia, że to Boża ingerencja go wspomagała.

Zamiast widzieć ludzi takimi, jakimi są, pod ich postacią zwykłą i dla wszystkich widoczną, on widział ich często pod postacią zwierząt, przedstawiających właściwy stan ich duszy. Odczuwał wonie, których nikt nie czuł, wonie duchowe, które dla niego były materialne. Spotykał np. człowieka, którego sumienie było zbrudzone. „Wydzielasz straszną woń, mówił Józef, idź się umyć”. Po spowiedzi, o ile spowiedź była szczera, czuł inny zapach.  Odczuwał fizycznie to, co istniało jedynie w sferze moralnej. Postać jego była rodzajem żywego symbolu, który rozjaśniał świat widzialny przez widoczny odblask nadzmysłowego świata.

Zdarzało się, że św. Józef na sam dźwięk imienia Maryi lub Jezusa unoszony bywał w górę, nawet fizycznie. Ekstaza jego objawiała się często wielkim krzykiem, krzyk ten jednak nie przerażał, a stwierdzenie tego faktu miało wielkie znaczenie w procesie kanonizacyjnym. Kościół z niezmierną ostrożnością przystępuje do rozróżniania duchów. Duch św. daje poczucie bezpieczeństwa, nawet wśród przerażających pozorów; zły duch niepokoi nawet wśród pozornej ciszy. Pewnego dnia don Antonio przechadzał się z Józefem po ogrodzie. „Bracie Józefie, rzekł, jakież Bóg dał śliczne niebo”. Józef wydał okrzyk, uniósł się w górę i klęknął na wierzchołku drzewa oliwnego. Gałązka poruszała się lekko, jakby na niej siedział ptak. Pozostawał tam około pół godziny. Jeżeli ogarniała go ekstaza podczas Mszy św., Józef, przyszedłszy do siebie, odprawiał w dalszym ciąga świętą Ofiarę, zaczynając ściśle od tej chwili, w której przestał, nie omyliwszy się nigdy o jedną sylabę ani o jeden ruch.

Brzmi fantastycznie, prawda? Niemal nierealnie. A jednak to prawda. Żeby ludzie przekonali się o tym, że ten – całkowicie po ludzku patrząc – „nikt” jest Bożym wybrańcem, potrzebowali zobaczyć go lewitującym nad swoimi głowami – inaczej by w ogóle nie uwierzyli.

Św. Józef z Kupertynu jest patronem studentów. Czasami sesja jest takim polem bitwy, że rzeczywiście trzeba jakiegoś nieprzeciętnego orędownika. Jemu się udawało przetrwać te batalie,  bo Pan był z nim. Módlmy się więc żarliwie. Ale do nauki też Was zachęcam. Św. Józef choć jedno zdanie z Pisma Świętego umiał, więc wniosek jest dość oczywisty – z pustego to i Duch Święty nie naleje 😛 Łaska buduje na naturze.

———————————————————————-

Fragmenty tej bardzo bogatej biografii zostały zaczerpnięte z książki Ernesta Hello „Żywoty świętych”, Warszawa 1910.

Reklamy

Dusz – pasterz

Posted: 21 stycznia 2014 by Agnieszka Dankiewicz in religia, święci i błogosławieni
Tagi:

shepherd

Św. Afrahat o kapłaństwie

Św. Afrahat to syryjski pisarz i Doktor Kościoła. Jego życie i działalność przypadają na pierwsze wieki chrześcijaństwa. Od tego czasu minęło wprawdzie bardzo wiele czasu, świat się zmienił – jednak jego nauka wciąż pozostaje aktualna.

„Pasterze stoją na czele trzody i dają jej życiowy pokarm. Kto strzeże trzody, dla niej pracuje i o nią się troszczy staje się uczniem dobrego Pasterza, który za owce dodał swe życie. Kto nie dba o trzodę, podobny jest do najemnika, któremu nie zależy na owcach. Wy, pasterze, bądźcie podobni do tych pierwszych sprawiedliwych pasterzy. Gdy Jakub pasł i strzegł trzody Labana, pracował, czuwał i otrzymał nagrodę. Toteż rzekł do Labana: „Dwadzieścia lat byłem u ciebie, żadnej z twych owiec i kóz nie straciłem. Baranów z twej trzody nie jadałem, rozszarpanej przez dzikie zwierzęta sztuki ci nie przynosiłem, a tego z rąk mych żądałeś. W dzień trawił mnie upał, a nocą chłód spędzał mi sen z powiek” (Rdz 31,38-40).

Pasterze, jak on dbał o trzodę. W nocy czuwał, aby jej strzec i nie zasnął, w dzień zaś oddawał się pracy, aby ją paść. Jak Jakub był pasterzem, tak i Józef i jego bracia byli pasterzami. Pasterzem był Mojżesz, pasterzem był też Dawid, pasterzem był i Amos. Wszyscy byli pasterzami, strzegąc trzody i dobrze ją prowadząc. Lecz czemu – mój drogi – ci pasterze wpierw paśli trzodę, zanim ich wybrano na pasterzy ludzi? Aby najpierw nauczyli się, jak pasterz powinien troszczyć się o owce, strzec je i dla nich pracować. Dopiero gdy pasterze nauczą się dbać o owce, można ich wybrać do kierowania ludźmi. Jakub troszczył się o trzodę Labana, pracował, strzegł i dobrze ją prowadził; wychowywał też świetnie synów, dając tym wzór dobrego pasterza; podobnie Józef ze swymi braćmi pasł trzodę i potem w Egipcie jako dobry pasterz dobrze kierował ludem.

 Ale pasterze, którzy nie zajmowali się owcami, byli tylko siebie pasącymi najemnikami. O nich to mówi prorok: „O, pasterze gubicie i rozpraszacie owce pastwiska mego! Słuchajcie mowy Pana! A tak Pan mówi: «Oto odwiedzę swą trzodę, jak pasterz odwiedza trzodę w dniu burzy i zażądam swych owiec z rąk waszych. O pasterze głupi! Odzialiście się wełną owiec i jecie tłuste mięso, a trzody nie pasiecie. Tego, co było chore, nie leczyliście, co było złamane, nie wiązaliście, i co zostało rozproszone, nie szukaliście, mocnych i tłustych nie strzegliście, lecz twardo prowadziliście. Dobre pastwiska spasacie, resztę nogami depczecie; wody słodkie pijecie, resztę swymi stopami mącicie. A owce moje muszą spasać to, co stopami waszymi zdeptaliście, i pić to, co zmąciliście waszymi nogami”” (Ez 34,2-4; 9, 10-12, 18-19).

Oto pasterze chciwi i głupi; najemnicy, którzy owiec nie paśliście ani należycie nie strzegliście i od wilków nie uwalnialiście. Gdy zaś przyjdzie pasterz wielki, Książę pasterzy, zawoła i odwiedzi swe owce, i pozna swą trzodę, pasterzy też wezwie i rozliczy się z nimi i potępi ich czyny. Tych zaś, którzy trzodą dobrze kierowali, Książę pasterzy pochwali i ustanowi dziedzicami życia i spoczynku.

O pasterze! Bądźcie podobni do tego Pasterza, który tak się troszczył o swą owczarnię. Oddalone przyprowadzał z powrotem, słabe umacniał, złamane uzdrawiał, tłuste zachowywał, życie swe oddał za owce. Wybrał sławnych przełożonych i wychował ich, powierzył im owce i dał władzę nad całą owczarnią. Szymonowi Piotrowi powiedział: „Paś owce moje, paś baranki i owce moje” (J 21,15. 17). I Szymon pasł trzodę, aż skończył się czas jego, i wam ją powierzył i odszedł. Paście więc i wy trzodę, i wychowujcie ją należycie. Pasterz bowiem, który troszczy się o owce, nie wykonuje innego zadania: nie uprawia winnicy, nie obsiewa ogrodów, nie oddaje się zajęciom tego świata. Nigdy bowiem nie widzieliśmy pasterza, który by porzucił trzodę na polu, aby stać się kupcem. Gdyby bowiem opuścił trzodę i podobne rzeczy uczynił, pozostawiłby owce wilkom.

Przypomnij sobie, przyjacielu, co ci napisałem o naszych dawnych ojcach. Oni wpierw uczyli się służby pasterskiej i tak nabierali w tym doświadczenia, potem zaś wybierano ich do kierowania ludźmi, ponieważ wiedzieli i widzieli, jak pasterz powinien dbać o swą owczarnię. Skoro umieli kierować trzodą, potrafili rządzić i ludźmi.

Józefa wezwano od owiec do rządzenia w Egipcie w trudnych okolicznościach. Mojżesza wybrano od owiec do prowadzenia i pasienia ludu. Dawid odszedł od owiec, aby zostać królem Izraela. Amosa wezwał Pan od owiec i ustanowił go prorokiem nad swym ludem. Elizeusz także od pługa wybrany, był prorokiem w Izraelu. Nie wrócił Mojżesz do swych owiec, choć powierzonej sobie trzody nie opuścił. Nie wrócił też do owiec Dawid, lecz pasł lud w niewinności swego serca. Amos nie wrócił do pasienia owiec i zbierania drzewa, lecz pełnił swój urząd proroczy. Ani Elizeusz nie wrócił do swego pługa, lecz służył Eliaszowi i zajął jego miejsce.

Żądam od was, pasterze, abyście nie dawali owczarni przełożonych ograniczonych, głupich, żądnych bogactw. Kto pasie owce, niech się żywi ich mlekiem; i kto kieruje pługiem, niech korzysta ze swej pracy. Kapłani niech mają część z ołtarza, lewici niech pobierają dziesięcinę. Kto spożywa mleko, niech pamięta o owcach; kto pragnie pracować pługiem, niech chętnie oddaje się orce. Kapłani sprawujący ofiarę, niech ją sprawują gorliwie; lewici otrzymujący dziesięcinę, niech nie mają części w Izraelu. O, pasterze, uczniowie naszego wielkiego Pasterza, nie bądźcie podobni do najemników! Najemnik bowiem nie troszczy się o owce. Ale bądźcie podobni do naszego słodkiego Pasterza, który nie kochał więcej siebie niż owce. Uczcie młodzieńców, wychowujcie panny, kochajcie owieczki żywione w waszym otoczeniu, abyście kiedyś, stanąwszy przed swym Pasterzem, przedstawili Mu całą waszą trzodę, a On sam dał wam to, co przyrzekł: „Gdzie Ja jestem, i wy tam będziecie” (J 12,26). Niech te kilka słów wystarczy dobrym pasterzom i rządcom.”

(„Rozprawa o kapłaństwie”)

Wyrównajmy rachunki

Posted: 18 stycznia 2014 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Dziecko bierze wszystko jak leci. A przede wszystkim: dziecko bierze. I tym różni się ono od dorosłego, bo dorosły kupuje. Dziecko nie kupuje, mówi po prostu: „daj!” – i trzeba mu dać. A jak mu się nie da, to sobie samo weźmie. Jako szkrab czasem tak zawstydzałam mamę, gdy po prostu brałam coś z półki. Mama, cała w pąsach, przepraszała, że w ten sposób przywłaszczyłam sobie, dajmy na to, gumę do żucia. Ot, taki był ze mnie mały recydywista 🙂 Byłam wtedy całkiem mała i dopiero musiałam się nauczyć, że to nie jest jak w domu – że wezmę z półki i mogę się pobawić. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że dorosły musi coś najpierw kupić, żebym mogła to wziąć.

I taki własnie jest świat dorosłych. Jak coś chcę, to muszę to kupić. Żeby kupić, muszę zarobić. Jak nie zarobię, to muszę pożyczyć. Jak pożyczę, muszę spłacać. Dorosły ciągle rachuje, i to na wiele sposobów. A dziecko nie, dziecko mówi: daj! Tata choćby sobie w łeb palnął – musi dać. Ojciec ma problem, dziecko nie ma, dziecko chce dostać.

I to jest właśnie jedna z najważniejszych postaw w wierze. Wiara polega na tym, że człowiek umie brać od Pana Boga i że ogólnie wiarę pojmuje od strony daru. Niestety, mamy z tym potężny kłopot, więc ciągle w wierze próbujemy coś kupować. I tak oto targujemy się z Panem Bogiem: ja Tobie dziewięć pierwszych piątków miesiąca, to Ty mi szczęśliwą śmierć. Ja Tobie codzienną Mszę świętą przez miesiąc, a Ty mi załatwisz pracę. Ja dam na tacę 20 zł, a Ty sprawisz, że zdam maturę. Ja Tobie to, a Ty mnie tamto. To trochę taka pobożność „rachunkowa”. Jej dobrym przykładem są obyczaje z południa Włoch, gdzie ludzie modlą się o deszcz, a jak ten nie pada, to świętego, do którego się modlą wyciągają na zewnątrz, na przykład na pole. A niech stoi, niech mu też grzeje w czaszkę. Jak nie umie załatwić tego, co trzeba, to niech też z nami cierpi. I na dodatek jeszcze ptaki go, za przeproszeniem, obsrają. Dobrze mu tak.

Problemem jest to, że budujemy naszą wiarę na lichym, niewłaściwym fundamencie, który nazywamy zasługą. Zasługa, czyli: zasłużysz – to dostaniesz. Nie zasłużysz – nie dostaniesz. Albo kompletnie zapominamy, albo przeinaczamy kwintesencję słowa: łaska. Robimy absolutnie wszystko, żeby mieć z Panem Bogiem wyrównane rachunki, żeby – nie daj Boże – nie być Mu za coś wdzięcznym!

Z Panem Bogiem się nie handluje. Jesteśmy tacy, że próbujemy nadal układać się, jak by tu coś uzyskać. Ale to nie tak. Stwórca coś nam daje. I ten dar nie powinien nas pobudzać do pychy: zasłużyłem, bo się dużo modliłem, bo jestem lepszy od innych. Nieprawda. Nie zasłużyłeś! Dar Boży ma nas zmieniać. Ma sprawić, że my – obdarowani, poczujemy się wdzięczni i spróbujemy odpowiadać miłością na doznaną miłość. Odpowiadać, nie znaczy – zasłużyć, zapłacić, wynagrodzić. Pan Bóg jest zawsze pierwszy w dawaniu, nie da się go wyprzedzić i należycie „odpłacić” i lepiej nawet nie próbować. Mamy mieć jednak świadomość obdarowania i nie bać się tego, że będziemy zadłużeni u Pana Boga. Z tego długu nigdy się nie wypłacimy, lecz możemy odpowiedzieć Panu: On daje mi wszystko, ja próbuję dać Mu wszystko.

To jest właśnie postawa dziecięctwa, że człowiek przed Panem Bogiem jest… bezinteresowny. W normalnej rodzinie trzeba być bezinteresownym. Nie wystawia się rachunku rodzicom za to, że poszedłeś i wyrzuciłeś śmieci. Niestety, niektórzy rodzice demoralizują dzieci i płacą im za to, że dziecko zrobi coś w domu. I tak, to jest demoralizacja. To nie ma nic wspólnego z uczeniem „zarabiania” w życiu. W rodzinie nie możemy się wymieniać i rozliczać co kto zrobił. I tak samo z Panem Bogiem, który jest naszym Ojcem, a my Jego dziećmi. Jesteśmy rodziną. Ja zrobię coś dla Pana Boga, bo Go kocham i Mi na Nim zależy. Pomodlę się, bo chcę, a nie dlatego, żeby coś uzyskać. Pójdę w tygodniu na Mszę, bo się stęskniłam, a nie dlatego, że mam sześćdziesiąt intencji i sto spraw do załatwienia. Pan Bóg to nie biuro, to mój Ojciec – moja rodzina. To tak jak w naszych ziemskich rodzinach – my się tu nie mamy przerzucać: ja cię urodziłem, kupowałem ci ubrania, wykształciłem, to teraz płać. W normalnej rodzinie tak nie ma (choć niektóre zaczynają i tak funkcjonować). Rodzic daje swojemu dziecku, bo to jego dziecko. Po prostu! Pomogę mamie z zakupami, bo to moja mama.

Jest jeszcze jedna sprawa, o której trzeba na koniec powiedzieć. O wdzięczności. Dziś światem rządzi ekonomia. Nie możemy jednak patrzeć na wszystko oczami tego świata, lecz oczami dziecka Bożego. Trzeba rodzicom dziękować za to, że pracują i pomagają nam w życiu. Za to, że kupowali książki do szkoły, nowe ubrania, zabawki – na tyle, na ile mogli. Tak należało czynić, bo rodzic ma dbać o dziecko. Jednak nie znaczy to, że będziemy siedzieć na poduszkach i czekać, aż rodzice złożą nam pod stopy dary. Za to dobro trzeba podziękować. A żeby za nie podziękować, trzeba je najpierw dostrzec. Czy dostrzegamy to, że Pan Bóg ciągle nas obdarowuje? Czy jesteśmy Mu wdzięczni? Nie. Dzisiaj ludzie nie są wdzięczni. Wciąż za mało dziękujemy Panu Bogu. Jesteśmy często ślepi na Jego dary i uważamy, że nic nie dostajemy. Prawda, że czasem tak uważasz? Że był choć jeden taki dzień, gdy powiedziałeś – nic nie dostałem od Pana Boga! Trzeba więc zacząć dziękować. Uklęknąć i podziękować: za rodziców, za swoje własne dzieci, za życie, za łaskę wiary. Z czasem zaczniesz dostrzegać inne łaski, które otrzymujesz, a których dziś być może nie widzisz. Zdziwisz się, jak wiele wokół Ciebie się dzieje.

Pan Bóg to i mój i twój Tata. Gdy masz problem – przedstaw Mu go. Nie zawsze dostaniesz to, o co prosisz. Tak jak ziemski ojciec nie kupi dziecku wszystkiego, bo może mu to zaszkodzić lub jest nieodpowiednie, tak Ty też nie zawsze dostaniesz dokładnie to, o co poprosisz. Ale dostaniesz zawsze to, czego tak naprawdę potrzebujesz. Bądź dzieckiem Pana Boga – kochaj Go i czyń, to co trzeba. Ale pamiętaj – z miłości. A nawet jeśli z tą miłością krucho, to nie szkodzi. Kochaj tak jak umiesz, nawet jeśli nie umiesz prawie wcale. Daj Mu wszystko co możesz, nawet jeśli niemal nic nie ma. Panu Bogu całkowicie wystarczą Twoje okruszki.