Serce matki

Mówi się, że każda matka kocha swoje dzieci. Niestety, wiemy też, że to nieprawda. Są matki, które swoje dzieci zabijają, są takie, co je porzucają, zaniedbują, lub doprowadzają do fatalnego stanu psychicznego. Jednak kiedy normalny, zdrowy człowiek myśli o matce, jako o archetypie, albo o „idealnej” matce – lub gdy się o jakiejś kobiecie powie, ze jest prawdziwie matczyna – pojawiają się bardzo pozytywne skojarzenia.

Najświętsza Maryja Panna, została dana nam pod krzyżem: „oto syn, twój, oto matka twoja”, powiedział Pan Jezus i już od wieków chrześcijanie uciekają się do Maryi jak dzieci do ukochanej mamy. W Polsce pobożność Maryjna jest bardzo silna, choć zdarzają się i tacy, którym się wydaje, że jest ona przesadzona – nie mam zupełnie zamiaru wchodzić w ten temat, bo nie on jest tu najważniejszy. Liczy się matka, oraz jej serce.

Pan Bóg powiedział:

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona
?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49, 15)

Matka kocha swoje rodzone dzieci – dla Boga wszyscy jesteśmy Jego dziećmi, podobnie jak dla Maryi. Ale zachodzi tu pewna istotna różnica. Bóg nas stworzył i każdy z nas z osobna zawdzięcza swoje istnienie bezpośrednio Bogu. Maryja zaś adoptowała nas wszystkich, całą ludzkość, duchowo pod krzyżem. Nie wyłączając żadnego człowieka – wszyscy staliśmy się jej dziećmi. Czy serce matki – takiej Matki, najdoskonalszego stworzenia Bożego – może kochać któreś ze swoich dzieci mniej, dlatego tylko, że nie pochodzi z jej łona, że nie jest dzieckiem biologicznym, jak się to dzisiaj popularnie mówi?

Matka duchowa (czy ojciec duchowy – mam cały czas na myśli dowolną osobę adoptującą) nie kocha mniej (w sensie jakościowym) – choć uczucia przeciętnej duchowej matki adopcyjnej, różnią się jednak od tych, która swoje dzieci nosi pod sercem dziewięć miesięcy, tuli, karmi, wychowuje, uczy itd. Z perspektywy, że się tak wyrażę, naturalnej – biologicznej, taka miłość wydaje się przewyższać np. intensywnością czy troskliwością miłość duchową.

Ale przecież z samej definicji wynika, że miłość duchowa jest właśnie – duchowa. Troszczymy się o adoptowane duchowo dziecko nienarodzone, kapłana, czy kogokolwiek objęliśmy opieką modlitewną. Troszczymy się modlitewnie. Zależy nam na ich dobru. Więź wzrasta z czasem, nawet kiedy się wydaje, ze obumarła, bo to nam „zapału” zabrakło…

Matka biologiczna chce dla swojego dziecka jak najlepiej (choć z prostej obserwacji rzeczywistości wynika, że to „dobro” zależy od światopoglądu, charakteru czy upodobań matki); a jeśli jest wierząca, to obejmuje to przede wszystkim wymiar duchowy – a więc chce dla dziecka wiary, relacji z Bogiem, świętości i wreszcie szczęścia wiecznego.

Czymże to się różni – ten duchowy wymiar pragnienia dobra dla innego – kiedy adoptujemy duchowo? Może tym tylko, że pod pewnym względami takie macierzyństwo czy ojcostwo są bardziej wymagające. Bo trzeba nauczyć się kochać, nawet wbrew naturze – kiedy człowiek nie tylko zda się nie widzieć owoców swojej „opieki modlitewnej”, ale (być może!) odczuwa antypatię, z którą próbuje walczyć – dla dobra swojego i duszy adoptowanej. Nadto, nic w porządku naturalnym tej miłości nie podtrzymuje. Kochamy siłą woli, oraz miłością nadnaturalną, której jedynym i nieskończonym źródłem jest sam Bóg. Kochamy na sposób Boży, duchowy, tego głównie dobra dla duszy pragnąc; bo jakkolwiek zdrowie, stabilizacja finansowa, relacje z ludźmi są ważne dla każdego człowieka, to nie mogą stać wyżej niż osobista świętość, niż dążenie do doskonałości i ostatecznie, fundamentalnie – zbawienie duszy.

Naśladując Maryję, kochamy adoptowane dzieci – synów i córki – gorliwie, troskliwie, z poświęceniem. Czyż Maryja, stojąc pod krzyżem, nie wybaczyła, razem ze swym Synem, Jego oprawcom? Gotowość do wybaczania, chęć niesienia pomocy, troskliwa pamięć cechuje każdego dobrego człowieka, ale cechy te są niezbędne u kogoś, kto pragnie być dobrym ojcem czy matką. Podobnie jak cierpliwość, łagodność i wytrwałość. To nie są rzeczy, które się ograniczają do rodziców naturalnych – takie same cechy powinny wyróżniać duchowych rodziców adopcyjnych. I mam nadzieję, że często tak jest. Nawet po uwzględnieniu wszystkich naszych słabości i trudności.

Troskliwa pamięć – pamiętamy co dzień, w modlitwie, krótkiej czy długiej, może tylko w akcie strzelistym czasami – ale nie zapominamy. Bo jaka matka zapomina o swoim dziecku? A jaka je porzuca… ?

Łagodność i cierpliwość – są bezcenne przy wychowywaniu dzieci, prawda, ale trzeba umieć okazać cierpliwą łagodność także tam, gdzie wydaje się, że sprawa jest beznadziejna, że to „zawracanie Wisły kijem”. I tak samo w stosunku do siebie – czy nie nakładacie sobie czasem za dużo na swoje barki? Pan Jezus mówił o faryzeuszach, że innym nakładają ciężary na ramiona, a sami ani palcem nie kiwną – ale przecież kiedy ktoś sobie sam tak nałoży prac i obowiązków i ruszyć się nie może, to dlaczego jest zdziwiony, że mu brak czasu na coś – czy to obowiązki stanu czy duchowe? Pan Bóg pomaga dźwigać krzyże, które nam zsyła – niekoniecznie zaś podoba mu się, gdy sami sobie znajdujemy zbyt dużo zajęć i nie wykonujemy potem tych, do których jesteśmy zobowiązani…

Wytrwałość jest cnotą – ale należy prosić o nią Boga w modlitwie! Ludzie czasem o tym zapominają, myśląc, że to tylko od nich zależy. Tymczasem Pan Jezus wyraźnie powiedział: „Beze mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5) – nawet pomyśleć, czy postanowić coś dobrego. Jednak nasza współpraca z łaską – jest już wyraźnie po naszej stronie – choć i tu warto się modlić i prosić z całą mocą na jaką nas stać, by Bóg pomógł nam być wiernymi łasce. Wytrwałość w modlitwie – prośmy o nią. Błagajmy wręcz. Jak chcecie się zbawić zaniedbując modlitwę? A gdy modlimy się za osoby przez nas adoptowane, czyż nie jest równie ważne – mając na uwadze zbawienie ich dusz – by modlitwy nie zaniedbywać?

I jest jeszcze taki „drobiazg”, choć piszę to trochę przekornie, bo to jest rzecz wielkiej wagi, ale jednak ludziom czasem zupełnie umyka. Za kogokolwiek byście się nie modlili, czy to osoba adoptowana duchowo czy po prostu znajomy z sąsiedztwa, współpracownik czy krewny – każda dusza jest Panu Bogu bardzo droga, każda ukochana tak jakby była sama jedna na świecie, za każdą z nich z osobna, Bóg oddał swe życie. Skoro – jak mówicie – kochacie Go z całego serca (bo chcę zakładać, że tak mówicie i myślicie), z całej duszy swojej, i całym umysłem swoim – to czy bliźniego swego można pominąć? Miłość do Boga, wzrastając, sprawia, że wzrasta w nas miłość do drugiego człowieka, wzrasta tak bardzo, że zdaje się jakby to Bóg kochał wszystkich ludzi w nas. To więcej niż obowiązek kochania bliźniego, więcej niż sprawianie Bogu przyjemności – choć to są też te dwie rzeczy, nie neguję żadnej z nich. Jednak przypomina mi to bardziej podawanie kubka orzeźwiającej wody umierającemu z pragnienia… Bóg PRAGNIE dusz. Nie pójcie Go octem…

Anna Garbaczewska

This entry was posted by Anna.

2 thoughts on “Serce matki

  1. „Czasami Pan przechodzi obok nas a my Go nie zauważamy,
    tak bardzo „znając Go” nie potrafimy Go rozpoznać. Modlitwa daje nam czujność i pozwala Go zatrzymać, kiedy przechodzi.”

    Papież Franciszek

  2. Szczęść Boże.Prosze o modlitwę dla mojego młodszego syna o przerwanie węzłów szatana i uwolnienie jego z tych siodeł.Nawrocenie się jego do wiary.Prosi o tą modlitwę zrozpaczona i bardzo zmartwiona mama.Bog zapłać za modlitwe.Amen🙏💗

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: