Archive for the ‘przemyślenia’ Category

Wybrani do służby

Posted: 7 maja 2017 by Magdalena Maraj in kapłani, przemyślenia
Tagi: ,

W Kościele trwa Tydzień modlitw o nowe i święte powołania kapłańskie i zakonne (7-13 maj). W tym roku przebiega on pod hasłem: „Idźcie i głoście”. Po co nam taki czas w Kościele? Pewnie nie tylko po to, by przez siedem dni w szczególny sposób otoczyć modlitwą kapłanów i osoby konsekrowane, ale także prosić Boga, „żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Mt 9,37), ale także po to, by uświadomić nam pewne prawdy.

Gdy słyszymy słowo „powołanie” najczęściej nasze myśli biegną w stronę kapłanów, braci i sióstr zakonnych, seminariów duchownych i klasztorów, ale powołanie przecież dotyczy każdego. Każdy chrześcijanin został powołany przede wszystkim do świętości, do której ma dążyć poprzez sumienne wypełnianie swojego stanu, który wybrał. Można uświęcić się w rodzinie, można w klasztorze czy też wybierając bezżeństwo. Bóg powołuje człowieka na różne sposoby i do różnych stanów. Jednak jakikolwiek z nich nie wybierzemy, musimy pamiętać, że kresem naszej wędrówki jest niebo. A do niego będziemy wchodzić z tymi, których kochamy i z tymi, których przyprowadzimy do Boga.

Dzisiejszy świat jest pełen chaosu, który nie pomaga nam wsłuchiwać się w głos Boga. Nawet w ciszy Wielkiego Piątku trudno jest nam się zatrzymać. Zapominamy, że Prawda nigdy nie krzyczy. Jest cicha. Jezus mówi w ciszy ludzkich serc. Nie będzie wchodził w nasze życie, jeśli nie będziemy Go chcieli. Nie będzie rozpychał się łokciami, jeśli człowiek nie otworzy Mu drzwi, jeśli nie będzie chciał usłyszeć pukania Dobrego Pasterza.

W tym szczególnym czasie nasze oczy biegną w stronę kapłanów i osób konsekrowanych. Czasem wiele od nich wymagamy, ale czy modlimy się za nich? Rozwija się wiele apostolatów, które zachęcają do modlitw za kapłanów, są ludzie, którzy ofiarują za księży i siostry zakonne swoje cierpienia i trudności. Chrystus ustanawiając sakrament Kapłaństwa związał go z sakramentem Eucharystii. Aniołowie, czy nawet Matka Boża, nie mogą dać nam żywego Boga w kawałku chleba. Bóg „zarezerwował” ten przywilej dla kapłanów, których sam wybiera i przez biskupów ustanawia do posługi w Kościele świętym.

Czas biegnie szybko. Za tydzień powiemy, że tydzień szczególnej modlitwy o nowe i święte powołania za nami. Jednak przed nami kolejne dni, majówki i inne nabożeństwa. Chciejmy pamiętać o modlitwie za tych, którzy świadczą o Chrystusie w ten szczególny sposób; tych, którzy dają nam żywego Boga, rozgrzeszają, wiążą przed Nim, czy towarzyszą w ostatniej drodze. Niech Słowa Papieża Franciszka zachęcą nas do wsłuchiwania się w Słowo, które nieustannie kieruje do nas Bóg, niech będą także zachętą do modlitwy za osoby, które On wybrał do swojej szczególnej służby w Kościele.

„Uczyńmy zatem z naszych serc „żyzną glebę”, aby słuchać Słowa, przyjąć je, żyć nim i w ten sposób przynosić owoce. Im bardziej potrafimy jednoczyć się z Jezusem przez modlitwę, Pismo Święte, Eucharystię, sakramenty celebrowane i przeżywane w Kościele, przez życie w braterstwie, tym bardziej będzie wzrastała w nas radość ze współpracy z Bogiem w służbie królestwa miłosierdzia i prawdy, sprawiedliwości i pokoju. A żniwo będzie obfite, proporcjonalnie do łaski, którą pokornie potrafimy w sobie przyjąć.” (Orędzie na 51 Światowy Dzień Modlitw o Powołania, 2014).

Idźcie i głoście

Posted: 30 kwietnia 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Zdjęcie ze strony: http://judagdynia.pl/

Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce.
(PS 119,105)

Dziś,w III niedzielę wielkanocną, rozpoczynamy kolejny już Tydzień Biblijny. Obchodzenie tego wyjątkowego czasu refleksji nad Słowem Bożym zostało zapoczątkowane w 2009 roku przez Dzieło Biblijne im. Jana Pawła II. Co roku Tygodniowi Biblijnemu towarzyszy inne hasło.

Pismo święte to „przestrzeń”, w której Bóg przedstawia nam Siebie, ale także historię stworzenia świata, człowieka, wszystkich innych istot żyjących.
Pismo święte jest „światłem na naszej ścieżce” prowadzącej ku Bogu.
Pismo święte to Słowa Boga, które wskazuje drogę ku szczęściu.
Pismo święte przedstawia historie związane z relacją pomiędzy Bogiem a ludem Izraela.
Pismo święte to obraz Bożej Miłości do każdego z nas.
Pismo święte to historia zbawienia każdego człowieka, ale także zwycięstwa Miłości nad śmiercią i grzechem.

Tegoroczne hasło Tygodnia Biblijnego brzmi: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”. Doskonale wiemy, że głoszenie Ewangelii, przekazywanie i wyjaśnianie Słowa Bożego, to szczególne zadanie kapłanów. Jest to bardzo istotny element ich posługi, ponieważ oni w wyjątkowy sposób zostali powołani do bycia specjalistami „od Bożych spraw”. Jednak nikt z nas, wiernych, nie jest „zwolniony” z powołania do głoszenia Ewangelii – na różne sposoby, w różnych sytuacjach, różnych środowiskach, wśród różnych ludzi.

Pismo święte daje płaszczyznę do spotkania Boga z człowiekiem – do spotkania, które rozwinie i wzmocni wiarę.
Naszym głoszeniem Ewangelii będzie więc wprowadzeniem owoców tego spotkania do swojego życia, a także dawanie przykładu poprzez konkretne, codzienne działanie. Może to być też głoszenie w pełnym tego słowa znaczeniu – polegające na dzieleniu się swoim doświadczeniem spotkania z Bogiem poprzez Pismo święte. Głosić Słowo Boże można również poprzez media – tak bardzo dostępne w naszym współczesnym, nowoczesnym świecie.

Głoszenie Słowa Bożego za każdym razem zaczyna się od osobistego spotkania – od doświadczenia Boga w Piśmie świętym. Trudno jest być wiarygodnym świadkiem, przekonywującym głosicielem Słowa Bożego bez tego osobistego doświadczenia. W rozmowach bardzo łatwo jest przecież wyczuć „kompetencje” drugiego człowieka – prawdopodobnie każdemu z nas zdarzyło się rozmawiać z kimś, kto nie do końca wie, o czym mówi. Czy byliśmy w stanie łatwo uwierzyć tej osobie w to, do czego być może próbuje nas przekonać? W większości przypadków odpowiedź zdecydowanie brzmiałaby: „NIE!”.

Spotkanie to zaczyna się od naszej decyzji. Najważniejsze jest to, aby sięgnąć po Pismo święte, otworzyć je, zaczytać się i „dać się porwać” przez zapisaną tam treść. Czasem przychodzi pokusa, aby podziwiać osoby dobrze znające Pismo święte – a może nawet zazdrościć im takiej znajomości tego Tekstu. Jednak: czy nie powinno być to dla nas mobilizacją, aby także podjąć wyzwanie lepszego poznania Słowa Bożego?

Tak często słuchamy fragmentów Pisma świętego podczas Mszy świętych (Liturgii Słowa) oraz nabożeństw. Za każdym razem możemy też wsłuchać się w naukę płynącą z tych fragmentów. I bardzo często właśnie do tego ograniczają się nasze spotkania z Biblią. Dlatego też, rozpoczynając ten IX Tydzień Biblijny, chciałabym Was zaprosić do podjęcia bardziej długotrwałego “wyzwania” związanego z Pismem Świętym.

Każdy prawdopodobnie mógłby znaleźć całe mnóstwo wymówek, aby nie sięgnąć po Pismo Święte i nie rozpocząć lektury. Mnóstwo obowiązków, szkoła, uczelnia, praca, rodzina, opieka nad domem, spotkania z najbliższymi, wyjścia z przyjaciółmi czy znajomymi, odpoczynek… Jest wyjście z tej sytuacji. Okazuje się, że nie potrzebna jest ogromna ilość czasu, aby rozpocząć przygodę systematycznego poznawania Pisma Świętego.

Rozwiązaniem jest skorzystanie z rocznego planu czytania Biblii, który dostępny jest na stronie wskazanej TUTAJ.
Jest to plik w uniwersalnym formacie .pdf, dzięki czemu z łatwością można go pobrać i wydrukować. I choć w tym rocznym planie znajdujemy wyraźny podział na kolejne dni i miesiące, to jednak nic nie szkodzi na przeszkodzie, aby zacząć czytanie Biblii już dziś – począwszy od fragmentów zaproponowanych na 1 stycznia, przechodząc przez kolejne dni (według kolejności zgodnej z tą kalendarzową).

Pan Bóg przychodzi do nas każdego dnia – także poprzez Słowo, które skierował do nas w Piśmie świętym. Otwórzmy się na Jego wskazówki zawarte w tym Słowie. A kolejny Tydzień Biblijny niech będzie dla nas nie tylko zachętą do zgłębiania naszej znajomości Słowa Bożego, ale także do dzielenia się radością z niego płynącą.

Proście Pana żniwa…

Posted: 28 marca 2017 by Sandra Kwiecień in kapłani, przemyślenia
Tagi: ,

 

Msza święta – w niedziele, święta, dni powszednie. Każdego dnia w każdym kościele parafialnym odbywa się kilka Mszy świętych, a każda z nich jest wyjątkową i niepowtarzalną okazją, aby spotkać się z Panem, posłuchać Słowa Bożego, pomodlić się. W kościołach odbywają się nabożeństwa, adoracje. Organizowane są spotkania, katechezy, wyjazdy, dni skupienia… Wydawałoby się, że życie duszpasterskie w pełni kwitnie.

Kiedyś zdarzyła mi się sytuacja, która w tym kontekście dała mi dużo do myślenia.

Wyjechałam kiedyś na spotkanie młodych (organizowane przez wspólnotę Taize) do Rotterdamu. Razem z koleżankami zostałyśmy zameldowane u pewnej rodziny. Z czasem okazało się, że byli protestantami i to spotkanie na pewno było dla nas przestrzenią do dzielenia się naszą wiarą – podobieństwami i różnicami. Osobą, która najbardziej się nami zajęła w czasie naszego pobytu, była córką naszych gospodarzy – a że byłyśmy wszystkie w podobnym wieku, z łatwością udało się nam nawiązać kontakt. Po jakimś czasie miała miejsce rewizyta – nasza koleżanka z Holandii przyjechała do Polski na wakacyjny wypoczynek. Podczas jej pobytu starałyśmy się pokazać jej atrakcje naszego miasta i różne ciekawe miejsca w naszej okolicy. Któregoś dnia szłyśmy na spacer i w godzinach wieczornych przechodziłyśmy akurat jednego z pobliskich kościołów. Z wieczornej Mszy świętej (w dniu powszednim) wychodzili akurat ludzie – nie była to jakaś wielka ilość ludzi, jednak na tyle spora, że przyciągnęła uwagę koleżanki. Wiedziała już, że to kościół, ale w tamtej sytuacji zdziwiła ją taka ilość ludzi, która z niego wychodziła. Zapytała mnie wtedy, co takiego się tam dzieje i skąd w tygodniu wzięło się tam tyle osób. Odpowiedziałam jej (wtedy zaskoczona jej zdziwieniem), że to po prostu wieczorna Msza święta. Zdziwienie mojej koleżanki wzrosło jeszcze bardziej. Wtedy zaczęła się kolejna seria pytań na zasadzie: „Ale jak to? Msza święta tak codziennie wieczorem?”. Wytłumaczyłam jej wtedy, że Eucharystia odbywa się w każdej parafii rano i wieczorem w dni powszednie, a w niedziele Msze święte odbywają się częściej. Moja koleżanka powiedziała mi wtedy, że choć protestantyzm jest głównym wyznaniem w Holandii (obok Kościoła Rzymskokatolickiego), to wszędzie w kościołach odbywa się jedno nabożeństwo w niedzielę: i nic poza tym.

Opowiadam tę historię, ponieważ w Polsce doskonale znamy obraz otwartych kościołów, regularnych Mszy świętych, różnorodności nabożeństw. Wciąż nie odczuwamy jeszcze braku kapłanów. Przez to wpadamy w „pułapkę przyzwyczajenia”. Uczestniczymy w życiu Kościoła, wierzymy, rozwijamy nasze życie duchowe. Jednak być może czasem nie zauważamy, jak ogromny skarb mamy – skarb polegający na wielu możliwościach spotkania się z Panem poprzez Eucharystię i sakramenty.

Akcja Dzieła Duchowej Adopcji Kapłanów propaguje ideę modlitwy za kapłanów. Niczym motto możemy więc powtarzać tutaj słowa: „Kapłani potrzebują naszej modlitwy, bo Kościół potrzebuje świętych kapłanów”. Jednak dla nas, jako ludzi wierzących, jeszcze jedna intencja powinna być bardzo, bardzo istotna. Chodzi mi o modlitwę w intencji nowych i świętych powołań do kapłaństwa.

Historie powołania są różne – prawdopodobnie każdy ksiądz mógłby opowiedzieć inną historię. Czasem dar powołania przyszedł „naturalnie” – bez fanfar i fajerwerków. Z drugiej strony – na pewno można też podać wiele przykładów, w których droga do kapłaństwa była pełna „przygód”: zakrętów, zwątpień, buntów i trudności. Pan Bóg zaprasza – jednak to po stronie człowieka leży odpowiedź na to zaproszenie. A człowiek ma wolną wolę – jego decyzja może być „na tak” lub „na nie”. Powołanie można przyjąć – postąpić tak jak apostołowie: zostawić wszystko i pójść za Chrystusem. Jednak można je także odrzucić i „zmarnować”.

Piękne wydają się tutaj słowa ks. Jana Kaczkowskiego, który w książce „Życie na pełnej petardzie”, odpowiadał na pytanie „Co to znaczy zmarnować powołanie?”. Padły wtedy następujące słowa:

To znaczy to samo co zmarnowanie wielkiej miłości. Marnujesz miłość, kiedy o nią nie dbasz. Marnujesz powołanie, kiedy się poddajesz i tracisz ideały, przestajesz nad sobą pracować i wymagać od siebie. Zmarnować, czyli też nie odkryć powołania. Czujesz, że coś cię w sercu drapie, ale ze względu na swoje lęki odkładasz ostateczną decyzję.

W kontekście powołania doskonale znana jest scena biblijna opisana w 9. Rozdziale Ewangelii św. Mateusza:

Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo». 

(Mt 9,35-38)

Współczesne „żniwo” również jest wielkie – wciąż potrzeba nam wielu kapłanów, którzy z oddaniem i gorliwością będą sprawowali sakramenty, głosili Słowo Boże, prowadzili nabożeństwa i spotkania. Bardzo, bardzo serdecznie zapraszamy Was do tego, aby objąć modlitwą kapłanów i zatroszczyć się o ich świętość. Jednak tym razem zachęcamy Was do tego, aby po raz kolejny uświadomić sobie, że „nikt nie rodzi się księdzem” – księdzem zostaje ten, kto odpowie na powołanie, czyli Boże wezwanie. Dlatego módlmy się, aby nigdy nie zabrakło powołanych i módlmy się, aby ci, których „coś zaczęło drapać w sercu”, znaleźli odwagę do podążania za tym głosem powołania i potrafili pozytywnie na nie odpowiedzieć.

Nie zapominajmy o powołanych!

Wielbisz?

Posted: 19 marca 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Dobra praca, sukcesy zawodowe, zadowolenie z powierzonych obowiązków. Talent, zdolności, rozległa wiedza – powodzenie w szkole lub na uczelni. Zdrowie i brak jakichkolwiek poważnych dolegliwości. Dostatek – poczucie, że można zaspokoić wszystkie podstawowe potrzeby. Szczęście życia rodzinnego – obecność i wsparcie bliskich. Możliwość zapewnienia rodzinie godnego życia. Grono sprawdzonych przyjaciół, życzliwość napotkanych ludzi, łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Wiele wspaniałych przygód, podróże, niezapomniane chwile. Radości, małe lub duże sukcesy w życiu prywatnym (rodzinnym czy towarzyskim).

Zmartwienia dnia codziennego – mniejszego lub większego “kalibru”. Cierpienie, choroba, uciążliwe problemy zdrowotne. Długotrwały brak pracy lub jej nagła utrata. Brak możliwości uzyskania wymarzonego wykształcenia. Niewystarczające środki, aby zaspokajać swoje potrzeby i zapewnić byt rodzinie. Problemy rodzinne, konflikty, nieporozumienia, utrata bliskiej osoby. Brak przekonania o wsparciu ze strony najbliższych, trudność w nawiązywaniu kontaktów, poczucie osamotnienia. Monotonia, smutek, rozczarowania…

To zestawienie pokazuje dwa skrajne stany, które można byłoby określić z grubsza jako szczęście i nieszczęście.
Bóg ma wobec każdego z nas pewien plan – wspaniały, wyjątkowy plan. I każdego dnia zaprasza nas do przeżycia tej niezwykłej przygody, zapewniając nas nieustannie o Swojej obecności i działaniu. Każda chwila naszego życia to znak Jego wsparcia i tego Bożego działania.

Powyższe zdania o Bożym wsparciu, o Jego obecności i działaniu mogą się nam wydawać banalne – tak często słyszymy na Mszach lub nabożeństwach takie i inne, podobne zdania, wszystkie motywowane są niezbitym argumentem o Bożej miłości ku nam.

Po co więc po raz kolejny przypominać te zdania? Jaki ma to związek z poczuciem zadowolenia albo nieszczęścia? Otóż, odpowiedź jest wyjątkowo oczywista. W życiu spotykają nas różne chwile – te dwa skrajne stany, poczucie szczęścia i nieszczęścia, przeplatają się ze sobą. Ale! W każdej z tych chwil naszego życia jest obecny Bóg – nawet jeśli nie zawsze potrafimy Go dostrzec.

Obserwując ludzi i świat można odnieść wrażenie, że zauważenie Boga w trudnych chwilach jest proste. Mając poczucie niezadowolenia albo nawet nieszczęścia często przecież „uciekamy się” do Boga, prosząc go, aby zmienił daną sytuację. Czasem, kiedy jednak tak bardzo trudno zauważyć sens naszego cierpienia, może pojawić się inna forma „zauważenia Boga”, polegająca na „obwinianiu” Go za aktualny stan rzeczy. A przecież – nie można nam zapomnieć, że w naszym życiu każda chwila jest nie tylko pełna Bożej obecności, ale także jest pełna sensu. Zapytacie: jak to możliwe, żeby w cierpieniu i nieszczęściu był sens? Jan Paweł II mówił, że nie ma takiego zła, z którego Bóg nie wyprowadziłby wielokrotnie większego dobra. Toteż cierpienie w naszym życiu może mieć sens – być może ma ono pokazać nam nasze zachowanie czy reakcje w danych sytuacjach; może poprzez wszystkie nasze osobiste trudności mamy zbliżyć się do naszego Niebieskiego Ojca… Każda jedna historia jest inna. Jeśli napotykamy na trudności, Bóg przygotował dla nas także i dobro – na które czasem musimy cierpliwie poczekać. Jednak wniosek pozostaje niezmienny – łatwo przychodzi nam mówienie Bogu, jak bardzo nam ciężko.

Z drugiej strony, można odnieść wrażenie, że kiedy człowiek ma poczucie spełnienia i szczęścia, nie dostrzega Jego obecności. Wówczas człowiek cieszy się, ma dużo zapału do dalszego działania.

17 rozdział Ewangelii według św. Łukasza (Łk 17,11-29) przedstawia nam sytuację analogiczną do tej współczesnej. Jezus zmierza do Jerozolimy, przechodząc przez obszar Samarii i Galilei. Spotkał tam 10 trędowatych wołających do Niego z prośbą o litość i pomoc. Jezus nakazał im udać się do kapłanów – a oni poszli. Kiedy już grupa dziesięciu trędowatych była w drodze, jeden z nich zorientował się, że został uzdrowiony. Nietrudno było zauważyć ustąpienie trądu, ponieważ w tamtych czasach była to choroba nieleczona, w związku z czym dawała bardzo wyraźne objawy (w postaci plam na skórze przekształcających się z czasem w deformacje ciała lub nawet twarzy). Jak podaje Ewangelia – uzdrowiony człowiek zaczął się ogromnie radość i chwalić Boga. Co więcej – zamiast udać się w dalszą drogę do kapłanów, wrócił do Jezusa, „następnie upadł na twarz u stóp Jezusa i dziękował Mu” (Łk 17,15). Wrócił jeden, choć zostało uzdrowionych dziesięciu.


Choć w życiu spotykają nas różne okoliczności i wydarzenia, nie możemy zapomnieć, aby w każdej z nich szukać obecności Boga. Powinniśmy uciekać się do Niego, ufając, że On ma dla nas coś lepszego – nawet jeśli na razie nie mamy pojęcia, co to takiego. Podobnie jak dziewczynka, która ma oddać swojego misia Jezusowi – jest jej ciężko, bo jak czytamy na rysunku: to jej ULUBIONY miś, a nie jakiś jeden z wielu przypadkowych. Czasem więc trzeba przeżyć coś, co z ludzkiej perspektywy jest trudne. Czasem trzeba zrezygnować z czegoś, co po ludzku jest dla nas bardzo ważne. Jednak ufając Bogu na pewno się nie rozczarujemy – On wie co robi!

Dlatego nie zastanawiaj się, zaufaj! Oddaj Bogu swoje problemy, trudności i troski, ale nie zapominaj także o tych „radosnych powrotach” pełnych uwielbienia Boga za całe dobro, które od Niego pochodzi.

Jest jeszcze jeden biblijny obraz, który warto tu przywołać.
W Łukaszowej Ewangelii jest zdanie, które wszyscy doskonale znamy:
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
(Łk 1,46-47)
W tym jednym zdaniu kryje się naprawdę niezwykła postawa Maryi. Stało się przecież coś, czego zupełnie nie rozumiała. Oto dowiedziała się, że zostanie matką Syna Bożego – a to z jej ludzkiego punktu widzenia niemożliwe. Nie rozumiała tego, więc z pewnością była zaskoczona, przerażona i pełna wątpliwości. Mimo wszystko, zawierzyła i zaufała woli Bożej – a te niezwykłe i niezrozumiałe wydarzenia były dla niej wystarczającym powodem, żeby wypowiedzieć słowa uwielbienia dla Boga.

A Ty? Potrafisz wrócić do Jezusa i tak jak człowiek uzdrowiony z trądu podziękować? Dzielisz się z Nim swoją radością ze swoich sukcesów – wśród których przecież i On jest obecny? Potrafisz jak Maryja uwielbić Boga – pomimo niezrozumiałych i zaskakujących wydarzeń?

Jak często negocjujesz z kusicielem?

Posted: 17 marca 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!

Zdanie przytoczone jako tytuł tego tekstu jest na pewno doskonale znane – pochodzi z Księgi Kapłańskiej (rozdział 19, werset 2). Są to słowa skierowane przez Boga do Mojżesza – słowa, które Mojżesz ma następnie przekazać Izraelitom.

Ten kolejny wielkopostny tekst jest w pewnym sensie kontynuacją tekstu o spowiedzi. Wielki Post pełen jest nawoływania do pokuty, pojednania. W tym okresie szczególnie dużo mówi się o grzechu, pokusach i pracy nad sobą. Wiele osób może uznać, że to dość nudne: cały czas to samo, ciągle te same hasła… Jednak ma to swój bardzo, bardzo głęboki sens – uświadomienie sobie tego, że jesteśmy grzeszni, że zdarza się nam upadać, jest ważne, ale najważniejsze jest to, co z tym zrobimy dalej.

A co możemy zrobić dalej z tą „perspektywą naszego grzechu”?

Pierwszą możliwością jest zatrzymanie się na tej „perspektywie grzechu”. Zatrzymujemy się, a więc żyjemy w ciągłym poczuciu winy – bo przecież jesteśmy słabi, bo przecież niedługo znów upadniemy. Nie wspominając już o kolejnych argumentach z serii: „przygotowuję się do spowiedzi, ale i tak często spowiadam się z tego samego”, „po co regularnie przygotowywać się do spowiedzi i przyjmować ten sakrament, skoro niedługo znów będzie to samo?”.

Jednak takie podejście to trwanie w przeszłości i „zamknięcie się” na przyszłość i na to, co jeszcze przed nami.

Dlatego też – trwając w wielkopostnych rozważaniach – chciałabym przypomnieć Wam drugą możliwość spojrzenia na grzech i pokusy. Druga możliwość jest dokładnym przeciwieństwem pierwszej: nie zatrzymuj się, ale działaj!

Nasze działanie w tej kwestii może polegać na obserwowaniu tego, co się w dzieje w nas – tak, abyśmy mogli poradzić sobie z naszymi myślami i zachowaniami, zanim jeszcze ulegniemy naszym słabościom.

Dobre zrozumienie tego, na co mamy zwracać uwagę i czemu się przyglądać to w zasadzie odpowiedź na pytanie: jak przychodzi do nas pokusa?

Możemy przypomnieć sobie tutaj biblijny opis kuszenia Ewy przez węża w 3 rozdziale Księgi Rodzaju – wszyscy go z pewnością doskonale znamy. Jest to również opis popełnienia pierwszego grzechu w historii świata stworzonego przez Boga – świata, w którym Bóg zaplanował doskonałą harmonię, porządek; świata, w którym grzech pojawił się ze względu decyzję człowieka.

W tej scenie z Pisma świętego na początku pojawia się wąż – kusiciel, którego dostrzega Ewa. Wąż symbolizuje możliwość popełnienia zła – samo jego pojawienie się jest pewnego rodzaju „sugestią”, aby zrobić coś zakazanego. Następnie następuje bardzo rozbudowany etap dialogu pomiędzy wężem a niewiastą. Ewa podejmuje tę rozmowę, a wąż na każdym etapie poddaje w wątpliwość jej wcześniejsze myślenie posługując się kłamstwem. Rozpoczyna się wahanie, a ze strony węża pada propozycja zjedzenia zakazanego owocu, a także zafałszowanie intencji w zakazie postawionym przez Boga [„Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło.” (Rdz 3,5)]. Na samym końcu – człowiek (w tym przypadku Ewa) podejmuje decyzję.

Współcześnie ten schemat jest bardzo podobny.

Najpierw dostrzegamy pojawienie się kusiciela. I oto staje przed nami możliwość popełnienia jakiegoś zła. Przykłady takiej sugestii można by mnożyć – choćby taki: człowiek, który zauważa niepilnowaną rzecz (załóżmy: kurtkę, która mu się podoba albo torebkę, w której może znajdować się portfel z pieniędzmi), dostrzega też możliwość, aby ją sobie przywłaszczyć. Inne przykłady to możliwość pojawienia się perspektywy oszustwa lub kłamstwa, na którym w dalszej perspektywie można zyskać jakieś osobiste korzyści (np. materialne). Najczęściej jednak możliwość ta pojawia się w sposób subtelny. To pierwszy „test” – jeśli człowiek nie dostrzeże tej możliwości, to nie będzie przywiązywał uwagi do tej pokusy. Jeśli jednak człowiek dostrzeże możliwość popełnienia zła, nadejdzie kolejny etap pokusy – rozmowa z kusicielem. Tu pojawiają się wątpliwości, rozważanie tej możliwości – i chociaż decyzja związana z popełnieniem grzechu nie jest jeszcze przesądzona, to jednak wraca do człowieka i w jakimś sensie nie daje mu ona spokoju. Dialog może przybierać na intensywności – zaczynają się coraz większe wątpliwości i coraz większe wahanie. Można powiedzieć o pewnego rodzaju „walce wewnętrznej” – ponieważ człowiek „przyzwyczaił się” do myśli o tej pokusie, przez możliwość przybiera ona coraz bardziej „realną” postać. Celem kusiciela jest zburzenie dotychczasowego systemu wartości i ich zakwestionowanie, które prowadzi do przyzwolenia na taką możliwość („bo może to nie takie złe, jak się wydaje”).

Jednak – jak długo człowiek się waha, wciąż jest nadzieja na pójście w dobrym kierunku. Dopiero ostatni etap to decyzja. To etap, kiedy człowiek świadomie i dobrowolnie decyduje się na zło – czyli ma miejsce grzech.

Oznacza to, że grzech to tak na dobrą sprawę nie impuls, któremu człowiek niepostrzeżenie ulega. To decyzja, która w gruncie rzeczy jest rozłożona w czasie i składa się z kilku etapów. Wahanie pomiędzy dobrem a złem trwa do końca – aż do momentu podjęcia przez człowieka ostatecznej decyzji o pójściu za „wężem” i pokusą.

Po lekturze tych dwóch akapitów można odnieść wrażenie, że „pokusa czai się wszędzie” i trzeba szukać jej wszędzie, aby w porę ją wyeliminować. Nic bardziej mylnego. Pisząc to wszystko chciałabym zachęcić Was do wielkopostnej (i nie tylko) czujności – ale rozsądnej. Tak, aby z jednej strony podjąć walkę w życiu duchowym, ale z drugiej strony – nie dać się zwariować tą perspektywą grzechu.

Zachęta do bycia czujnym i do podjęcia działania w kwestii pracy nad sobą ma jeden główny cel. Pokazanie, że za każdym razem do ostatniej chwili mamy wybór. I choć nie zawsze uda nam się uniknąć upadku i grzechu, to zawsze warto próbować, bo zawsze ten proces będzie się powtarzał – i wciąż od nowa będziemy mieli kolejną szansę, aby zmierzyć się z naszymi pokusami i podjąć ostateczną, dobrą decyzję.

Natomiast słowa Boga skierowane do Mojżesza to jasna i bardzo konkretna alternatywa dla pokusy – bo ilekroć pojawia się w naszym życiu „wąż”, który kusi nas do popełnienia zła, pada także propozycja Boga do wybrania tego co dobre: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!”

Kąpiel dla duszy

Posted: 13 marca 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Wielki Post – czas pokuty, czas nawrócenia. Jednym z elementów, który towarzyszy nawróceniu (zarówno temu wielkopostnemu, jak i każdemu innemu), jest sakrament pokuty i pojednania – czyli spowiedź. Jednak w przeżywanym przez nas okresie Wielkiego Postu temat spowiedzi wydaje się być jeszcze bardziej „na czasie”. Wynika to przede wszystkim z tego, że Kościół w swoich przykazaniach uczy nas: „Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą”. A skoro mowa o przyjęciu Komunii świętej, to konieczny jest stan łaski uświęcającej – a co z tym idzie: spowiedź.

Dla każdego z nas, dla każdego katolika, spowiedź może się wydawać czymś dość oczywistym. Przecież wskazane jest częste przystępowanie do tego sakramentu – tak, aby podejmować regularne nawrócenie, pracę nad swoim życiem duchowym, utrzymać stan łaski uświęcającej. Jednak za każdym razem (a teraz, w okresie Wielkiego Postu, być może w sposób szczególny) warto zadać sobie pytanie – jak dobrze przygotować się do spowiedzi? Chcąc odpowiedzieć na zadane powyżej pytanie – przedstawiamy Wam kilka rad, które mogą pomóc Wam w tym pomóc.

Nie zwlekaj.

Często możemy odnieść wrażenie, że zło dość „łatwo” wkracza do naszego życia – zawsze pod pozorem przyjemności i czegoś, co wyjątkowo nas kusi. Zawsze wydaje nam się, że obędzie się bez konsekwencji – zwłaszcza, że kiedy już popełnimy błąd, widzimy, że teoretycznie nic się nie zmieniło: świat wokół nas nadal wygląda tak samo, a nasze codzienne życie toczy zwyczajnie. Jednak zło pozostanie złem, grzech pozostanie grzechem – a to zawsze negatywnie wpływa na nasze życie duchowe, zrywając więź z Bogiem i wspólnotą Kościoła. Odbudowanie tej więzi wymaga podjęcia trudu nawrócenia, pokuty i pojednania. Proces ten najłatwiej zacząć dostrzegając popełnione zło (grzech) i przystąpienie do spowiedzi. Jednak tu zaczynają się „schody”, bo to, co na początku wydawało się tak kuszące, łatwo dostępne i bez konsekwencji, nagle okazuje się czymś wstydliwym i problematycznym. Nagle trudno nam uklęknąć przed kratkami konfesjonału i przyznać się do naszych grzechów. Moja koleżanka, przygotowująca się w nowicjacie do życia zakonnego, powiedziała mi kiedyś jedno zdanie, które uważam za niesamowicie trafne: „spowiedź nie ma być pogłaskaniem po główce i stwierdzeniem, że nic się nie stało. To ma być właśnie powiedzenie, że COŚ się stało, ale nie wszystko jest przegrane.” Być może właśnie dlatego pojawia się w nas pokusa odkładania spowiedzi na później. Mamy poczucie, że nie jesteśmy jeszcze gotowi, że wciąż nie ma dobrej okazji, by przygotować się do spowiedzi, czasem może po prostu szukamy usprawiedliwień dla naszego grzechu albo staramy się myśleć, że „nic takiego się nie stało”. A przecież spowiedź i podjęcie wysiłku przygotowania się do niej to w dużej mierze kwestia naszej decyzji, że chcemy oderwać się od tego, co złe i podjąć trud dalszej drogi w kierunku tego, co dobre. Dostrzeżmy też nadzieję płynącą ze spowiedzi – że wprawdzie popełniliśmy błąd, ale nie wszystko jeszcze przegrane, bo Boże miłosierdzie nie zna granic!

Modlitwa

Dla każdego „strategia” wyboru spowiednika będzie inna. Niektórzy decydują się na wybór stałego spowiednika, któremu pozwolimy się poznać wraz z naszymi słabościami, ponieważ dzięki temu będzie on doradcą w kwestiach związanych z życiem duchowym i przewodnikiem w drodze do świętości. Inni będą spowiadać się regularnie u tego samego kapłana – choć bez obrania go sobie jako stałego spowiednika (kierownika duchowego). Ostatnią i prawdopodobnie największą grupą penitentów są też te osoby, które korzystają z sakramentu pokuty i pojednania, jednak nie znają księdza, którego spotkają po drugiej stronie kratek konfesjonału (lub znają go tylko „ze słyszenia”). W każdym z powyższych przypadków warto pomodlić się w trzech intencjach: o dobre przygotowanie do spowiedzi, w intencji spowiednika (o mądre i cenne uwagi z jego strony) i o dobrą spowiedź – czyli o owocne jej przeżycie.

Wybór spowiednika

Kiedy decydujemy się na przystąpienie do spowiedzi, często możemy wybrać także dobry moment (termin), w którym się ona odbędzie. Dlatego też – jeśli nie mamy kierownika duchowego lub nie spowiadamy się regularnie u tego samego kapłana, warto pomyśleć o wyborze spowiednika. Uczestnicząc w życiu danej parafii niejednokrotnie zdarza się, że kazania któregoś z księży w szczególny sposób do nas trafiają. Być może mamy znajomych, którzy bazując na własnych doświadczeniach, mogliby „polecić” jakiegoś konkretnego kapłana.

Na stronach internetowych parafii niejednokrotnie można znaleźć informacje o dyżurach spowiedników – dlatego też łatwiej jest przystąpić do spowiedzi u konkretnego księdza.

Natomiast jeśli z różnych względów nie mamy już możliwości „wyboru” spowiednika – więcej modlitwy o dobrą spowiedź i spowiednika na pewno nie zaszkodzi! 🙂

Spowiedź

Kościół wskazuje nam 5 warunków dobrej spowiedzi – prawdopodobnie wszyscy doskonale je znamy, ponieważ były często omawiane w ramach katechez (w szkołach, podczas przygotowań do sakramentu bierzmowania itd.).

Pierwszym z nich jest rachunek sumienia. Na tym etapie konieczne jest przemyślenie swoich poczynań – w odniesieniu do Dekalogu, Pięciu Przykazań Kościelnych, Dwóch Przykazań Miłości lub Siedmiu Grzechów Głównych. Do rachunku sumienia przydatne mogą być wybrane fragmenty Pisma świętego. Jeśli dotychczas nie wypracowaliśmy swojej własnej metody na rachunek sumienia, możemy znaleźć wiele pomocnych materiałów w modlitewnikach, książkach religijnych, ale także w internecie: na przykład na stronach niektórych zgromadzeń zakonnych. Funkcjonuje również strona spowiedz.katolik.pl, na której znajdziemy wiele „wzorów” rachunku sumienia. Z czasem, kiedy rachunek sumienia wejdzie już w krew, łatwiej będzie przejść przez ten etap przygotowania do spowiedzi – wtedy nie będzie trzeba bazować jedynie na gotowych wzorach, ale człowiek sam wypracuje sobie swój własny sposób na rachunek sumienia.

Rachunek sumienia może stać się także naszym codziennym nawykiem i być „wyznacznikiem” trwania w łasce uświęcającej. W ramach rachunku sumienia (zarówno tego przed spowiedzią, ale także w ramach tego codziennego) powinniśmy sobie zadawać pytanie o „materię” popełnionych grzechów – to znaczy o to, czy są to grzechy ciężkie (śmiertelne) czy powszednie. Grzech ciężki (śmiertelny) oznacza dobrowolne i świadome przekroczenie Bożego prawa w poważnej materii (na przykład Dekalogu). Za grzech ciężki można uznać także takie czyny wobec drugiego człowieka, w efekcie których nasz bliźni cierpi (duchowo lub fizycznie) albo nieodwracalnie traci jakieś dobro. Grzechy śmiertelne powodują zerwanie jedności z Bogiem, przez co człowiek (bez uzyskania rozgrzeszenia) nie może przystępować do Komunii świętej.

Grzech lekki (powszedni) to ten, który nie został popełniony dobrowolnie i świadomie. Nie zrywa on jedności z Bogiem, nie powoduje utraty łaski uświęcającej – a co za tym idzie: oznacza możliwość przystępowania do Komunii świętej. Katechizm Kościoła Katolickiego wskazuje, że w celu rozróżnienia „wagi” grzechu (czy jest to grzech ciężki czy powszedni) warto odnosić się zawsze do 10 przykazań Bożych (KKK 1858).

Kolejnym warunkiem dobrej spowiedzi jest żal za grzechy. Jest on mocno związany z pierwszym warunkiem dobrej spowiedzi, ponieważ najpierw należy uświadomić sobie, jakie grzechy popełniliśmy, a następnie – uświadomić sobie ich wagę i konsekwencje (czyli odczuć żal za ich popełnienie).

Trzeci element to mocne postanowienie poprawy. Ma ono polegać na silnej chęci odwrócenia się od tego, co złe, ale także – na decyzji o tym, że w przyszłości będziemy starali się wybierać dobro i nie grzeszyć. Człowiek w swojej naturze może upadać – jednak mimo wszystko warto przystępować do sakramentu spowiedzi, postanawiać poprawę, podjąć pracę nad sobą i za każdym razem walczyć o to, aby zmierzać ku temu co dobre. A w konsekwencji – żeby zmierzać do świętości.

Czwartym warunkiem jest szczera spowiedź – jest to już ten moment, kiedy klękamy już do kratek konfesjonału. Ostatnim warunkiem dobrej spowiedzi jest zadośćuczynienie – oznaczające odprawienie zadanej pokuty, ale także naprawienie tego, co zostało zepsute przez popełniony wcześniej grzech.

I co dalej?

Zazwyczaj po przystąpieniu do sakramentu pokuty każdy z nas z całą mocną chciałby zmienić swoje życie. Jednak – tak jak to zostało już napisane: człowiekowi nie zawsze wystarczy silnej woli i czasami najzwyczajniej na świecie upada. Dlatego można by było zapytać się: co dalej? Po co spowiedź, skoro za jakiś czas (krótszy lub dłuższy) zło zacznie powracać?

Św. Ojciec Pio mówił, że „spowiedź to kąpiel dla duszy”. Dlatego też – zawsze warto podjąć trud regularnej spowiedzi, regularnej pracy nad swoim postępowaniem, nad przezwyciężaniem naszych wad, pokus, i grzechów. Każdy z nas może dojść do świętości – bo „każdy święty ma przeszłość, każdy grzesznik ma przyszłość”.