Zrzucanie wagi

Czy kiedykolwiek próbowaliście się odchudzać? Jeśli tak, to zapewne dowiedzieliście się, że nie jest to takie łatwe, jak reklamują. Zobaczmy – po pierwsze postanawiamy zmienić dietę, albo przynajmniej, jeść mniej. Zdecydowanie zmniejszamy ilość spożywanych słodyczy, albo nawet całkiem z nich rezygnujemy. Potem myślimy o ćwiczeniach. I tu pojawia się kolejna trudność: co będzie lepsze – klub fitness, siłownia, jogging czy bieganie, a może jakaś forma aerobiku? Jest tak wielki wybór – zarówno jeśli chodzi o wchłanianie nowych kalorii, jak i pozbywanie się starych.

Co jeszcze składa się na zrzucanie zbędnych kilogramów? Otóż motywacja, samodyscyplina, systematyczność, a nawet rozwaga, w niektórych przypadkach, kiedy to potrzeba trenera lub dietetyka. Niektórzy ludzie zaczynają ten proces tyle razy, że tracą rachubę. Niektórzy, natomiast, są prawdziwie wytrwali i po osiągnięciu celu podtrzymują dyscyplinę ze względów zdrowotnych. Wielu prawdopodobnie traci odwagę i dochodzi do wniosku, że to nie dla nich, nie warto (tak się „katować”) i albo całkowicie rezygnują, albo na jakiś dłuższy okres czasu (czasem zyskując dodatkowo na wadze w międzyczasie).

Czy widzicie jak bardzo to przypomina, choć nie pod każdym względem, duchowy proces wzrastania w świętości? Po pierwsze, z całą pewnością rzecz dotyczy zrzucania wagi, ale w sensie duchowym. Ogólnie rzecz biorąc istnieją dwa rodzaje ciężarów: grzechy i przywiązania. I jedne i drugie są dla nas obciążające i zarówno jedne jak i drugie mogą być z nas zdjęte dzięki Bożej łasce. Aby pozbyć się grzechów idziemy do spowiedzi – niezliczone świadectwa mówią o tym, jak zadziwiająco wolni i lżejsi czujemy się po fakcie. Poza tym, każda spowiedź, która nie jest świętokradzka, sprawia dokładnie to, więc najprawdopodobniej każdy z nas ma za sobą tego typu doświadczenie. W przypadku grzechów ciężkich, poważnych, śmiertelnych, ciężar jest o wiele większy niż w przypadku grzechów powszednich czy też „zwyczajnych” niedoskonałości, które każdy z nas ma. Ale jak się już przestanie popełniać grzechy śmiertelne, nawet grzechy lekkie i niedoskonałości wydają się być ciężkie.

Innym rodzajem ciężaru są przywiązania i nieuporządkowane namiętności. Te również są zróżnicowane i nie są sobie rodzajowo równe. Gorzej jest być przywiązanym do bogactw, pieniędzy czy władzy niż do własnego domu, zwierząt domowych, przyjaciół czy rodziny. Mamy kochać ludzi w sposób ponadnaturalny, w taki sam sposób jak Bóg kocha nas. I miłość naturalna jest również darem od Boga. Ale kochanie jakiegokolwiek stworzenia bardziej niż Boga jest bałwochwalstwem, dlatego też zdecydowanie liczy się jako przywiązanie, które powinno być unicestwione, albo przynajmniej przemienione.

Pozbywanie się duchowych ciężarów jest długim i trudnym procesem. Podobnie do zrzucania zbędnych kilogramów, musimy się temu poświęcić (całkowicie w pierwszym przypadku, i nie grzesznie w drugim, ponieważ kult ciała jest grzechem: Bóg powinien być zawsze na pierwszym miejscu). Łatwo jest ulec zniechęceniu i wielu, niestety, ulega. Myślą, że „to nie dla nich” albo tylko dla szczególnej grupy ludzi, jak mnisi, zakonnice czy kapłani… Poddają się, ponieważ brakuje im dyscypliny albo z powodu ignorancji. W końcu, tak samo jak w kwestii zyskiwania i utrzymywania kondycji fizycznej, także i w duchowej kwestii trzeba posiadać wiedzę, a tej nie brakuje: mamy duchowych kierowników, książki, mało doceniany rachunek sumienia (badanie samego siebie w świetle Chrystusa), który może powiedzieć ci wiele rzeczy, które trzeba wiedzieć. Gdybyśmy wiedzieli bardzo mało o walce duchowej, o sposobach, jakich używa diabeł, żeby nas powstrzymać na każdym kroku, nie bylibyśmy przygotowani do walki, a świat naigrawałby się z naszych celów i wysiłków.

Dyscyplina, konsekwencja w praktykowaniu cnót, nabywanie właściwych nawyków, pozbywanie się niewłaściwych – to wszystko też przypomina fizyczną walkę. W jednym procesie spalamy kalorie, w drugim nasze grzechy i niedoskonałości są spalane w ogniu Bożej miłości i jesteśmy powoli udoskonalani przez Jego łaskę i naszą z nią współpracę.

Co się tyczy diety – pisałam o tym już w innym kontekście, ale sedno nie ulega zmianie: zdrowy pokarm istnieje zarówno w świecie fizycznym jak i duchowym. Jakkolwiek nie muszę przypominać o zdrowym jedzeniu z kategorii pierwszej, wspomnę krótko o tej drugiej: naszym głównym pokarmem jest Eucharystia; potem Słowo Boże, jako że „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4,4); duchowa lektura oraz modlitwa. Wszystko to, co sprawia, że ignorujemy, zapominamy o, lub co najgorsze, zamieniamy zdrowe jedzenie na trucizny Szatana i świata powinniśmy bezwzględnie odrzucać i unikać. „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 26)

Jeszcze jedno warto porównać – a jest to powód dla którego czynimy różne rzeczy. Dlaczego ludzie chcą stracić na wadze? Niektóre powody są dobre, inne względnie dobre, jak zdrowie czy ogólnie lepsze samopoczucie. W najlepszym przypadku, człowiek zadbałby o swoją kondycję, ponieważ traktowałby swoje ciało jako użyteczne narzędzie do służenia Panu. Ale są i takie przypadki, kiedy ludzie robią to tylko z próżności, miłości własnej, dla pieniędzy czy sławy (np. po to by dostać się do Hollywood, być bogatym i sławnym).

W duchowym sensie jednak, jest tylko jedna dobra motywacja, a jest nią miłość do Boga. Jeśli cokolwiek innego popycha ludzi do tego by stali się świętymi, to nie wiem co to jest, ponieważ zrzucanie całego tego duchowego balastu, które jest niemożliwe bez pomocy Boga, zasadniczo opiera się na usiłowaniu zadowoleniu Boga, a nie nas samych. I chociaż ta bitwa trwa całe życie i jest o wiele trudniejsza, nagroda jest nieskończenie i nieporównywalnie większa niż szczupłe, „doskonałe” i zdrowe ciało.

Na koniec, jest też coś takiego, jak duchowe dźwiganie ciężarów. Mimo iż zaparcie się siebie i umartwienie są już same z siebie trudne, jest też ciężar, o którym mówi sam Jezus: „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.” (Mt 11, 29-30) Zawiera to w sobie całą walkę jak toczymy z ciałem, światem i szatanem; ale też wszelkie krzyże, jak Bóg nam zsyła. W momencie, w którym wewnętrznie zgadzamy się nieść swój krzyż, niezależnie od tego czy to jest coś małego, jak brak reakcji na czyjś sarkastyczny komentarz, czy coś wielkiego, jak utrata dziecka, zdrowia czy małżonka, albo nawet prześladowania, wtedy nie tylko tracimy duchowo na wadze, ale zyskujemy ciężar błogosławiony, który Bóg pomaga nam nieść. Taki ciężar, jeśli i kiedy jest przyjęty z poddaniem woli Bożej, nie przygniata, nie obciąża nas, ale unosi do góry. Co niezwykle ważne, jako że to zakłada się na poddaniu się woli Bożej, które jest oznaką świętości (podobnie, jak pokora, czystość i posłuszeństwo), to właśnie to nam ogromnie pomaga wzrastać w świętości.

Niezależnie od tego, czy mowa jest o procesie fizycznym czy duchowym, warto pamiętać o tym, jaki jest nasz cel. Im lepszy cel, tym silniejsza jest motywacja. to oznacza naturalnie, że nie ma tak wysokiego celu jak Nieba i zjednoczenie z Bogiem. Kiedy posiada się wiarę, nadzieje i miłość, oczywiście. „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.” (1 Kor 13,13)

Anna Garbaczewska

Brama

Tak to już w życiu jest, że ludzi obowiązują pewne normy i zasady, choć można zauważyć, że w różnych miejscach świata normy te będą się nico różniły. Zazwyczaj do domu wchodzi się przez drzwi – bramę. Tylko złodzieje się włamują chcąc niszczyć, wchodząc w jakiś inny sposób. W taki by być niezauważony, by móc przemknąć bez niczyjej wiedzy. Jezus mówi, że On jest taką bramą przez którą mają wejść owce.

Pasterz. Kojarzy nam się z górami, pastwiskiem… Pasterz zna owce po imieniu i one go znają. Żyją w pewnej symbiozie. Kiedyś słyszałam takie piękne porównanie, że owce znają zapach Pasterza, czują go i dlatego idą za nim, nie boją się. Ludzie też zachowują się podobnie. Zanim komuś zaufamy, otworzymy się przed kimś, czy będziemy słuchać jego rad itd. musimy tego kogoś poznać, wiedzieć, że wart jest zaufania. Co znaczy znać Jezusa? Jak można Go poznać?

Jezus przychodząc na świat, stając się człowiekiem chciał przybliżyć nam Boga. Chciał nie tylko pokazać i uzmysłowić człowiekowi, że Go kocha ale także pokazać człowiekowi Ojca. I tak faktycznie jest. Łatwiej nam zwizualizować Boga kiedy popatrzymy na Jezusa. Wiemy, że jest Miłującym Ojcem. Ale trzeba wierzyć, że On jest miłością bezinteresowną, największą, prawdziwą. Że chce dobra dla człowieka, że nie krzywdzi ale przyszedł po to by dać radość i szczęście. Że Jemu zależy na nas, że jest dobrym Pasterzem.

Trwamy w radości wielkanocnej. To czas ogromnej nadziei. Jezus przynosi radość, zbawienie, jedność… przynosi pełny „pakiet” pozytywnych, dobrych emocji.  To szczególny czas w Kościele. Św. Piotr w pierwszym czytaniu nawołuje do nawrócenia się i przyjęcia chrztu. To pierwsze kroki pójścia za Pasterzem. Przyjąć Jego drogę i chcieć nią iść. Kolejnym krokiem jest poznawanie Pasterza. Boga możemy poznać poprzez czytanie Jego Słów, rozmowy z Nim…

Droga do nieba wiedzie jedna przez Chrystusa – Bramę. Nie ma innej drogi. Trzeba się trzymać Boga. Często z Nim rozmawiać, przyjmować pod postacią Chleba. Kościół jest wspólnotą, która pomaga człowiekowi trzymać się Jezusa by dojść do nieba – osiągnąć świętość. Pięknym jest fakt, że Pasterz szuka owiec i kocha Go. I obiecuje, że kto wejdzie przez Bramę Owiec będzie zbawiony. Wierząc w Boga i w to, że jest Bramą przez którą wchodzą Owce trzymajmy się Go mocno, chciejmy Go lepiej znać – tak by stał się naszym Przyjacielem.

Na nagrobku biskupa fryzyjskiego z II wieku znajduje się napis: „Moje imię jest Abercjusz, jestem uczniem nieskażonego Pasterza, który pozwala paść się swoim stadom po górach i równinach; wielkie są Jego oczy, których wzrok sięga wszędzie”. Jezus jest Dobrym Pasterzem „o wielkich oczach”. Jego wzrok obejmuje każdego wielką miłością. Nawet, gdy odchodzimy, gubimy się, szukamy własnych „szczęśliwszych” dróg, możemy być pewni, że On nas nie zostawia, ale szuka, obejmuje swoim wzrokiem i czeka cierpliwie, z miłością na nasz powrót: „Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisko – wyrocznia Pana Boga. Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Będę pasł sprawiedliwie” (por. Ez 34, 15n). (www.deon.pl).