Nauka języków obcych

Tak się składa, że sporo wiem o uczeniu się języków obcych, a także o ich nauczaniu. I zauważyłam, że istnieją podobieństwa pomiędzy opanowywaniem języka a wzrastaniem w świętości. Oto dlaczego. Po pierwsze, człowiek najpierw musi się zorientować, że w ogóle jest jakiś obcy język, którego można się nauczyć. Dzisiejsze dzieci dowiadują się o tym bardzo szybko, ale kilkaset lat temu nie było to dla wszystkich takie oczywiste, zwłaszcza dla ludzi, którzy pozostawali w swoich wioskach czy małych miastach całe swoje życie. Co więcej, nie było tak naprawdę powodu by uczyć się obcego języka. Podobna rzecz dzieje się, kiedy jakaś osoba znajdzie się na granicy nawrócenia i zaczyna postrzegać świat odmiennie. Inaczej wygląda to dla kogoś, kto chrześcijaninem w ogóle wcześniej nie był i zostaje katolikiem (albo jeśli ktoś był wcześniej ateistą i zostaje chrześcijaninem) a inaczej dla protestanta przechodzącego na katolicyzm. Swoje obserwacje opieram na jakichś setkach historii nawróceń (głównie z The Journey Home, które już kilkakrotnie wspominałam). Protestant dobrze zna swoją Biblię, ale uczy się bardzo wiele na temat Kościoła, rozmaitych nabożeństw, Eucharystii, świętych, Przenajświętszej Maryi Panny; często podkreślają to w swoich historiach nowo nawróceni.

Ale wyobraźcie sobie teraz (albo sobie przypomnijcie, jak w moim przypadku) jak bardzo zmienia się optyka kogoś, kto wcześniej nie miał praktycznie żadnej wiedzy o wierze. Wszystko jest nowe. Jest tyle nowych słów, nowych znaczeń, nowych przyjaciół w Niebie, Matka, tradycje, historia i sama Msza Św. – jakie bogactwo!

Każdy, kto studiuje jakiś język bardziej dogłębnie wie, że uczymy się nie tylko gramatyki, słownictwa i dźwięków, ale też przyswajamy (do pewnego stopnia) kulturę ludzi, którzy mówią danym językiem. Tego samego doświadcza konwertyta stający się katolikiem. Powoli, ale niezmiennie, sposób w jaki patrzymy na świat upodabnia się coraz bardziej to światopoglądu pobożnych ludzi, którzy katolikami są niejako od kołyski. A w najlepszym przypadku, odzwierciedla on życiorysy świętych, nade wszystko – Jezusa i Maryi.

Wspomniałam o gramatyce – dla mnie to trochę jak teologia, albo być może jak wiedza o zwyczajach, o historii Kościoła, ogólnie rzecz mówiąc informacje, które pomagają nam zrozumieć pewne kwestie. Ale z całą pewnością nie równa się to wierze, a już absolutnie nie jest odpowiednikiem miłości. Można znać całą historię Kościoła i wszystkich papieży od św. Piotra do papieża Franciszka i jednak nie być katolikiem w głębi serca (albo w ogóle). Gramatyka jest pomocna, ale tylko wtedy jak się jej de facto używa, kiedy nadaje kształt twojej wierze w jakiś sposób, a nie pozostaje jakimś dziwnym szkieletem języka. I jest to nawet trochę straszne, jak się tę myśl doprowadzi do jej logicznego końca… Można wiedzieć wszystko o Kościele, i wszystko to, co my myślmy o Bogu, a jednak w Niego nie wierzyć. Tak jak można znać na pamięć wszystkie reguły gramatyki i mimo to nie porozumiewać się w ogóle danym językiem.

Wyjaśniłam już częściowo kwestię słownictwa – ale chciałabym zwrócić szczególną uwagę na pewien znaczący element. Tak samo jak podnosimy poziom znajomości języka z elementarnego na bardziej zaawansowany, aż dochodzimy do płynności, tak też  jest i z wzrastaniem w świętości oraz mówieniem językiem Boga, że się tak wyrażę. A ten język to miłość. Wraz ze wzrostem słownictwa rozumiemy docelowy język coraz lepiej i coraz łatwiej jest go używać – na początku raczej biernie. Na przykład, początkowo jesteśmy w stanie powiedzieć niewiele, ale za to wcześniej rozumiemy coraz to trudniejsze teksty. Bierna znajomość języka zawsze jest większa niż ta aktywna.

W jaki sposób przyswajamy nowe słowa, znaczenia i dźwięki? Ćwiczymy: nazywa się to zrozumiałymi danymi wejściowymi (Eng: comprehensible input). Obejmują one czytanie oraz słuchanie. Mówienie, które jest aktywne, przychodzi później (na trochę bardziej zaawansowanym poziomie, ponieważ zasadniczo każdy może nauczyć się przedstawiać w dziesięciu językach w ciągu jednego dnia, ale znacznie więcej czasu potrzeba by porozmawiać o swoich zainteresowaniach czy poglądach politycznych).

To samo dzieje się w życiu duchowym. Najpierw uczymy się rozróżniać dobro od zła z Bożej perspektywy. Uczymy się o grzechach i w sposób naturalny skupiamy się najpierw na grzechach śmiertelnych. Jest to właściwa droga, za każdym razem. Potem, powiedzmy że przechodzimy na poziom średnio-zaawansowany, uczymy się doceniać jakieś nabożeństwa. Być może zaczynamy czytać żywoty świętych. Tak jak czytanie i słuchanie są naprawdę ważne w nauce, kiedy nie ma w pobliżu krajowca mówiącego danym językiem by cały czas nas pouczał (albo jesteśmy za granicą, gdzie są tylko ludzie mówiący danym językiem), po to byśmy zapoznali się ze słowami, wyrażeniami, nowymi znaczeniami itp., tak samo jest z wzrastaniem w świętości. Zaczynamy czytać, słuchać (nie tylko homilii, ale również rozlicznych misjonarzy cyfrowego kontynentu) i stajemy się coraz bardziej i bardziej świadomi wszystkich rzeczy katolickich; uświadamiamy sobie co jest ważne, co mniej ważne, oraz jakie na nas czyhają pułapki.

A do poziomu zaawansowania dochodzimy przez faktyczne wcielanie w życie tego wszystkiego, co przeczytaliśmy i przyswoiliśmy. Bez praktyki język bardzo szybko umiera (poza wyjątkami, takimi jak np. ktoś przyswoił sobie drugi język jako dziecko i przez długi czas go używał), albo spada do poziomu zupełnie podstawowego. Wciąż można wiele zrozumieć – biernie, ale porozumiewanie się jest niezwykle trudne.  Tak samo jest z wiarą i miłością. Nie wzrastają, jeśli ich nie praktykujemy. A wszyscy wiemy jak – modlitwa, modlitwa, i jeszcze raz modlitwa. Ale też ćwiczenie się w cnotach. Jest to oczywiście czasochłonne i trudne (wręcz uciążliwe dla wielu), ale jeśli nie ćwiczysz, nie osiągniesz płynności w danym języku. W przypadku języków, najlepiej jest ćwiczyć codziennie, powiedzmy chociaż godzinę dziennie, w dowolny interesujący dla ciebie sposób – poczytaj o czymś, co lubisz, posłuchaj czegoś, co sprawia ci przyjemność, porozmawiaj z kimś itd. Z życiem wiary jest podobnie – poza wspomnianym czytaniem i słuchaniem, jest jeszcze Msza Święta – i można uczęszczać codziennie. Są też Sakramenty, zwłaszcza Sakrament Pokuty i Pojednania, oraz Eucharystia. Wiara tym samym pięknie wzrasta, podobnie jak twoja zdolność do praktykowania cnót, szczególnie, jeśli znajdujesz czas na Adorację.

Poziomy biegłości – łatwiej je osiągnąć w przypadku języków niż w życiu duchowym. I to nie dlatego, że Bóg nam nie pomaga. Jest dokładnie na odwrót – nie dość prosimy o pomoc… Módlcie się o wytrwałość, o pokorę, łagodność, o upodobnienie się do Jezusa. A jeśli jesteście gotowi, módlcie się by otrzymać i umieć dźwigać krzyże (jak np. cierpienie). Ale przede wszystkim, módlcie się by w waszym życiu wypełniała się Boża wola oraz o wzrost w zjednoczeniu z nią. Proście w modlitwie o spotęgowanie się miłości w was, jak również wiary i nadziei. Wszystko, co jest dobre, od nas nie zależy. Jednakże, tak samo jak to jest z nauką języka, wciąż postęp opiera się na praktyce i nie poddawaniu się. Czytanie (Biblii, świętych), słuchanie, medytacja (rozmyślanie w obcym języku tu odpowiada rozmyślaniu o Bogu, życiu Jezusa Chrystusa i Jego Matki oraz oczywiście o rzeczach ostatecznych, jak Niebo, Piekło, śmierć i Sąd Ostateczny) oraz ćwiczenie. Codzienne umartwienia, praktyki pokutne, ofiary poczynione dla Jezusa (ofiarujcie wszystkie swoje dzienne czynności, smutki i radości, pozwólcie Bogu być obecnym w waszym życiu przez cały czas – On tego pragnie).

Kiedy jest się rzeczywiście biegłym we władaniu danym językiem, staje się on niczym nasz język ojczysty. Im więcej go używamy, tym bardziej sprawia wrażenie swojskiego, daje poczucie bezpieczeństwa i naturalności. Tak samo jest ze świętością. Im bliżej Boga jesteśmy, tym więcej się modlimy (również życiem, nie tylko za pomocą modlitw ustnych), tym łatwiej wszystko nam o Bogu przypomina i tym bardziej też wydaje się jakbyśmy już trochę byli w Raju – z Bogiem. Ostatecznie, wieczna szczęśliwość na tym właśnie polega, że jesteśmy z Bogiem PRZEZ CAŁY CZAS i NA ZAWSZE. Dlaczego więc nie zacząć wcześniej? Tak właśnie robili i robią święci tutaj, na tym świecie. Przebywają z Bogiem bezustannie. Różnica polega na tym, że tutaj istnieje zasłona świata materialnego, włącznie z naszym ciałem. Nie możemy jeszcze ujrzeć Boga twarzą w twarz i być tu tak szczęśliwymi, jak tam będziemy. Myślę, że to św. Teresa z Avila powiedziała, że gdyby dusza miała ujrzeć Boga w całej Jego chwale będąc jeszcze na ziemi, ta dusza natychmiast opuściłaby ciało. A wiemy dokładnie co to oznacza. Musimy czekać cierpliwie, aż nasz czas na tym świecie dobiegnie końca i praktykować język Boga – głównie przez rozmowę z Nim – na modlitwie. A komunikacja, by była doskonała musi być dwukierunkowa: kiedy ty mówisz, Bóg słucha, ale potem daj też Bogu coś powiedzieć i nasłuchuj w ciszy, co Bóg ma ci do powiedzenia.

Anna Garbaczewska

Kocham… po hebrajsku

Hebrajski jest jednym z trzech języków (obok aramejskiego i greckiego), który Bóg wybrał do przekazania nam swojego Słowa zawartego w Piśmie Świętym. Jest jedno słowo, które pragniemy Wam dziś przybliżyć.

חֶסֶד

CHESED

Chesed jest hebrajskim słowem określającym miłość Boga do jego ludzi. Lecz w niepozornych tłumaczeniach, gdzie chesed określa się jako miłość, czy litość, znajduje się o wiele więcej głębi, niż jesteśmy w stanie przypuszczać. Wystarczy dodać, że w języku angielskim potrzeba nawet 14 określeń, żeby dobrze oddać znaczenie tego słowa.

Chesed ma tę przewagę nad słowem „miłość”, że niesie za sobą wielki ładunek i siłę. Nasze „kocham” nie ma w sobie takiej potęgi. Kochamy pizzę, ulubioną piosenkę, kochamy drugą osobę – spowszedniało to słowo i używamy go często w stosunku do rzeczy, które po prostu lubimy, lub za którymi przepadamy.

Ale chesed – głównie używane w psalmach – jest zupełnie inne. Chesed to stała, trwała, wierna miłość, która nie poddaje się zmianom i nie ma nic wspólnego z niestałymi uczuciami i emocjami. Nie ma nic wspólnego z motylkami w brzuszku, walentynkami i słodkimi minkami. Chesed to bezpieczeństwo, całkowita akceptacja, bezgraniczne oddanie i głęboka relacja – to jest dokładnie to, co odczuwasz w swoim wnętrzu. To pragnienie nieskończonej miłości i oparcia, za którym tęskni Twoje serce i Twoja dusza. To za czym tak tęsknisz, to co istnieje w Tobie i pragnie dopełnienia – to tęsknota za chesed.

Być kochanym w sposób doskonały – tego pragniemy. Jest to wezwanie do tej jedynej na świecie relacji, która może nam to dać. Szukamy zastępstwa dla tej miłości w zwierzętach, rzeczach, idolach, używkach i w ludziach, którzy przecież nigdy nie będą w stanie nas tak kochać. Nie możemy obarczać ich odpowiedzialnością i presją, by to od nich zależało nasze poczucie szczęścia i własnej wartości. Nie udźwigną tego. Ty też nie zdołasz tego zrobić dla drugiej osoby. Wszędzie tam, gdzie się udamy, czeka nas jedynie rozczarowanie i to ciągłe pytanie: dlaczego to nie wyszło? Czemu wciąż jestem nieszczęśliwy? A to właśnie dlatego, że idealna miłość z całkowitą akceptacją Ciebie samego jest możliwa tylko w relacji z Nim – Bogiem.

Potrzebujemy tej relacji. By przetrwać trudności, zwątpienie, także przeszkody zdrowotne: te fizyczne i te mentalne. Świat ciągle nas w jakiś sposób krzywdzi, odbiera siłę i wiarę w samego siebie. Tymczasem na wyciągnięcie ręki czeka relacja, która może uzdrowić wiele aspektów naszego życia. Świadomość – taka prawdziwa, poparta doświadczeniem duszy – że jest się kochanym, głęboko poznanym i akceptowanym, potrafi zmienić trudną ścieżkę naszego życia w zupełnie inne doświadczenie.

Tak więc, kochajmy i dajmy się kochać!