Posts Tagged ‘przemyślenia’

Przy Jezusowym Sercu

Posted: 2 lutego 2018 by Magdalena Maraj in przemyślenia
Tagi:

Dzień Życia Konsekrowanego (02.02.) to szczególny czas zapatrzenia się w zupełnie inną, od znanej nam w codzienności, formę życia. Konsekrowane znaczy bowiem poświęcone Bogu, przeznaczone Jemu, wyłączone ze świata. Życie zakonne budzi wiele pytań, często owiane jest w pewien sposób mitem, tajemniczością, niezrozumieniem. Chcąc przybliżyć tą piękną formę życia, o stan powołania zakonnego zapytałam Siostrę Sancję Mazur  ze Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (Siostry Sercanki).

MM: Siostro co znaczy być Służebnicą Serca Jezusowego, szczególnie w dzisiejszym świecie?

SS: Dla mnie to przede wszystkim kochać Jezusa i dzielić się tą miłością z innymi. Wydaje mi się że współczesny człowiek bardzo potrzebuje miłości. Spotykając się z ludźmi często widzę, że tej miłości brakuje, że jest jakiś niedosyt, pustka, samotność. I nieraz bywa, że doświadczenie tego, że jest Ktoś kto kocha bezwarunkowo, bezgranicznie, jest wielkim odkryciem a jednocześnie początkiem jakiegoś pełniejszego życia. I Służebnica Najświętszego Serca Jezusowego jest po to, by przypominać o tej miłości, by przez nią ta Miłość mogła się dawać ludziom. Jest po to, by stać się „kanałem” Miłości Serca Jezusa, który chce nią przecież obdarzać wszystkich.

MM: Jaki charyzmat ma Zgromadzenie Siostry? Czym się Siostry zajmują?

SS: Uwielbienie Boga w Trójcy Świętej Jedynego w tajemnicy Jego Najświętszego Serca i szerzenie Miłości tego Serca w życiu codziennym – to charyzmat którym żyje na co dzień każda Sercanka. A uobecnianie Miłości Serca Jezusa realizujemy poprzez posługę dzieciom, młodzieży, dorosłym, chorym i ubogim w Polsce i poza jej granicami, a także w krajach misyjnych. Siostry pracują głównie jako katechetki, przedszkolanki, pielęgniarki, zakrystianki, organistki oraz podejmują inne prace, w zależności od potrzeb. Przy naszym Zgromadzeniu istnieje też Stowarzyszenie pod nazwą Sercańska Rodzina Świeckich. Do Sercańskiej Rodziny Świeckich wstąpić może każdy, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, małżonkowie czy osoby wolne, młodzież i dzieci, wszyscy, którzy we wspólnocie ze Zgromadzeniem Sióstr Sercanek pragną aktywnie włączyć się w dzieło nowej ewangelizacji poprzez budowanie Królestwa Serca Jezusowego w świecie.

 

MM: W Zgromadzeniu składa się śluby, czy są one faktycznie, jak czasem się słyszy, wielkim cierniem w życiu? Trudnością?

SS: Są przede wszystkim czymś pięknym i wyjątkowym, przyrzeczeniem naśladowania Chrystusa w Jego czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Nie zawsze jest łatwo, czasami bywa pod górkę. Ale nie powiedziałabym, że jest to wielki cierń.

MM: Dzień Życia Konsekrowanego to szczególny dzień dla Siostry?

SS: Tak, to dla mnie szczególny dzień. Cieszę się że jest taki w kalendarzu i że przypada właśnie w święto Ofiarowania Pańskiego. Przypomina mi o tym, że całe swoje życie zawierzyłam Bogu, ofiarowałam Mu to co dla mnie najcenniejsze, ale On dał mi nieskończenie więcej, bo daje mi samego Siebie. W tym dniu doświadczam też szczególnie wiele życzliwości, wdzięczności ze strony osób świeckich za to co robię i kim jestem.

MM: Siostry Sercanki są Zgromadzeniem czynnym, czyli Siostry pracują w świecie. Jak ma się to tego wyłączenia ze świata?

SS: Dokładnie to jesteśmy Zgromadzeniem kontemplacyjno-czynnym, czyli żyjemy w świecie, pracujemy wśród ludzi, ale dużą część naszego czasu poświęcamy na modlitwę, na przebywanie z Chrystusem. Nie chodzi o to by się całkowicie zamknąć w klasztorze. Bo można być za murami i żyć duchem tego świata. Chodzi o to, by, jak mówi św. Paweł w liście do Kolosan „dążyć do tego co w górze a nie do tego co na ziemi”. Tu chodzi o nastawienie serca, pragnienia i dążenia. Żyjemy wyłączone ze świata, bo nie idziemy zgodnie z jego duchem, nie zajmujemy się zbytnio sprawami tego świata.

MM: Co zrobić, gdy młoda dziewczyna odczuwa w sercu Boży głos? Jak go rozeznać? Mogłaby Siostra dać jakąś małą radę wszystkim młodym dziewczętom i chłopcom rozeznającym powołanie?

SS: Przede wszystkim pytać i słuchać Boga, czytając i rozważając Jego Słowo. Dobrze też z kimś o tym porozmawiać, znaleźć kierownika duchowego. Pomocą mogą być też rekolekcje czy dzień skupienia dla osób rozeznających powołanie. Wiele Zgromadzeń i wspólnot organizuje takie spotkania. Sercanki również.

Dziękuję za rozmowę.

Reklamy

Mówić dobrze

Posted: 29 stycznia 2018 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Na początku nowego roku, kiedy obchodzimy uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki – Maryi, słyszeliśmy piękne słowa z Księgi Liczb:

Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. Tak będą wzywać imienia mojego nad Izraelitami, a Ja im będę błogosławił.

(Lb 6,24-27)

Wydawałoby się, że to dość znane i popularne słowa – często wykorzystuje się je jako część życzeń lub słów otuchy, kiedy chcemy powiedzieć komuś coś miłego przy różnych wyjątkowych okazjach. To naprawdę piękne i wyjątkowe słowa, które możemy skierować do bliskich nam osób. Jednak jak często rzeczywiście chcemy im błogosławić? Jak często zauważamy, że Bóg naprawdę nam błogosławi?

Bardzo często „błogosławieństwo” kojarzymy jedynie z tym, które znamy z zakończenia Mszy świętej. Błogosławieństwo, które otrzymujemy z rąk kapłańskich, jest bardzo cenne – choć tak często zapominamy, że błogosławienie sobie nawzajem to także codzienne zadanie. Tak! I my, świeccy, powinniśmy o tym pamiętać! W gruncie rzeczy: błogosławić to znaczy życzyć komuś w czymś szczęścia, danie komuś wiary we własne siły, chęć umocnienia go tak, aby pomyślnie się rozwijał. To mówienie komuś dobrych słów. Błogosławieństwo to dar, prezent, obdarowanie kogoś. Błogosławieństwo to szczęście!

Żyjemy w czasach, kiedy możemy stać się świadkiem krytyki. W Internecie z łatwością można wylać mnóstwo niepochlebnych słów: w zasadzie na każdy temat. Łatwo wyrażać swoje zdanie, łatwo obrażać, łatwo krytykować, łatwo pozbawiać złudzeń, łatwo się kłócić. Łatwo przedstawić samego siebie w lepszym świetle, łatwo poniżyć, łatwo oczernić. Często dzieje się to bez poznania historii drugiego człowieka – jego doświadczeń, jego obecnej sytuacji i tego, z czym się boryka. To samo obserwujemy w innych mediach – ile razy widzieliśmy w telewizji kłótnie różnych grup ludzi, przekrzykujących się nawzajem? Ile razy mieliśmy okazję oglądać programy, w których zaproszeni do studia goście dosłownie obrażali się nawzajem? Ile razy czytaliśmy wywiady w gazetach, w których dużo było mowy o przemocy, o złych doświadczeniach – czasem wyrządzonych przez pomówienia czy plotki? Ile razy wystarczyło kilka słów, aby zniszczyć komuś poukładane życie zawodowe w znanych firmach?

Ale czy na pewno trzeba szukać odległych przykładów ze świata mediów? Czy w naszym najbliższym otoczeniu nie brakuje historii, w których ktoś cierpi ze względu na pochopne oceny, krytykę albo niesłuszne podejrzenia?

Może i my mamy osobiste doświadczenie tego, że zabolały nas czyjeś słowa. Może czujemy się słaby, niewystarczająco dobrzy. Czujemy, że nie dorastamy do naszych obowiązków i wyzwań, które przez nami stoją. Może wydaje nam się, że wszyscy dookoła tak dobrze sobie radzą, odnoszą sukcesy, są szczęśliwi i spełniają swoje marzenia – a w naszym życiu znów cała seria spraw ułożyła się inaczej niż byśmy tego chcieli. Ile razy porównujemy się do innych, czując, że wypadamy w tym „zestawieniu” bardzo słabo? Ile razy „umniejszamy” swoją wartość, nie doceniamy samych siebie – ze względu na naszą słabość?

Słowa mają ogromną moc! To, co mówimy ma ogromne znaczenie!

Czy nasza codzienność nie byłaby piękniejsza, gdybyśmy krytykę, wartościowanie i ocenianie zamienili na życzliwość i serdeczność? Tym właśnie będzie błogosławieństwo – biorąc pod uwagę znaczenie tego słowa: zdecydowanie wyraża naszą życzliwość, pamięć i troskę o drugiego człowieka!

Choć słowa błogosławieństwa wypowiada człowiek (kapłan, siostra zakonna czy też osoba świecka), źródłem tego szczęścia, dobrych życzeń, pomyślności jest BÓG!

On nieustannie jest przy każdym z nas – we wszystkich momentach naszego życia: tych pięknych i radosnych, ale także w tych trudnych, w których musimy zmierzyć się ze swoją ludzką słabością. To właśnie Bóg chce obdarzać ludzi różnymi darami, łaskami….

On bardzo dobrze nam życzy – chce, abyśmy czuli się wyjątkowi, bo jesteśmy Jego dziećmi, stworzonymi na jego obraz i podobieństwo.

On chce, abyśmy z każdym błogosławieństwem i dobrymi życzeniami wobec innych wyrażali swoją radość z tego wszystkiego, co otrzymaliśmy od Niego! A przecież nasze życie pełne jest mniejszych lub większych cudów, których źródłem jest właśnie Bóg.

Przytoczony fragment z Księgi Liczb to słowa skierowane do Mojżesza. Bóg polecił mu, aby skierował przekazał je Aaronowi – z tego względu bardzo często tekst ten jest nazywany błogosławieństwem Aaraona. W tym fragmencie z pewnością zachwyca piękno tego błogosławieństwa. Możemy tam odnaleźć również misję dla każdego z nas. Bóg „posyła” Mojżesza, aby przekazał Boże błogosławieństwo Aaronowi i ludowi Izraela. Dziś może to dla nas oznaczać to, że i my jesteśmy do posłani do tego, aby błogosławić sobie nawzajem!

Nigdy nie zapominajmy o tym prostym, ale bardzo pięknym zwyczaju błogosławienia! Niech zawsze w naszych słowach zwycięża życzliwość, dobro, troska o siebie nawzajem i miłość!

Parafrazując: niech Was Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad Wami, niech Was obdarzy swą łaską!

Tu zawsze chodzi o miłość

Posted: 19 stycznia 2018 by Magdalena Maraj in przemyślenia
Tagi:

Jeśli chcesz poznać ogrom tej miłości, rozważaj dzieła Boże, spełnione dla człowieka, a mianowicie trzy wieczne pomniki miłości: żłóbek, krzyż i ołtarz – św. Józef Sebastian Pelczar

Czasem zastanawiamy się o co chodzi w życiu. Czy o to by znaleźć tą wymarzoną drugą połówkę? O to by w końcu wybudować dom? Odłożyć określoną kwotę? Znaleźć przyjaciela? Najeść się? Można tak bez końca. Czasem szukamy w życiu wielkich rzeczy, wielkich rad itd. Zapominamy jednak, że w życiu nie chodzi tak naprawdę o nic więcej, jak tylko o miłość.

Dlaczego? W miłości wszystko jest zanurzone i na miłości się kończy. W dzisiejszym świecie o tej miłości tak często zapominamy. Jak to kiedyś już pisałam – miłość jest niemodna.

Józef Sebastian Pelczar to święty pochodzący z Korczyny, którego wspomnienie obchodzimy 19 stycznia. Jego najbardziej znanym dziełem jest „Życie duchowe czyli doskonałość chrześcijańska”. Święty odznaczał się wielką gorliwością do Najświętszego Sakramentu, Najświętszego Serca Jezusowego oraz Matki Najświętszego. Troszcząc się o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie, założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (Sercanki).

Biskup Pelczar dbał o poziom wiedzy nie tylko wiernych, ale i duchowieństwa. Dbał również o chorych i ubogich. Założone przez niego Siostry Sercanki na swoich habitach noszą wyhaftowane serca. Jeden rozdział w Życiu Duchowym nasz święty poświęcił sprawie miłości. Bardzo lubię wracać do Jego pism, szukać w nich odpowiedzi na ważne pytania dotyczące wiary. Na jednym miejscu św. Józef Sebastian Pelczar pisze tak:

Jaka to chwała, jakie szczęście dla nas, iż Pan Bóg pozwala miłować siebie, iż nas przypuszcza do słodkiej poufałości z sobą i przyjaciółmi nawet swoimi nazywa. „Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję”. Nie dosyć na tym – Bóg pragnie naszej miłości, nie jakoby jej potrzebował do szczęścia swojego, lecz iż my jej potrzebujemy do szczęścia naszego. On dlatego dał nam serce usposobione do miłości i tego serca żąda od nas jako jedynie miłej ofiary. On też dlatego zesłał Syna swego, aby rzucić na ziemię ogień miłości, mający płonąć na ołtarzach serc ludzkich. Co więcej, Bóg prosi o to serce: „Synu, daj mi serce twoje” i stara się to serce pozyskać, objawiając mu nieskończoną miłość swojego Serca. Stąd, gdziekolwiek się człowiek obróci, wszędzie widzi miłość Bożą, wszędzie potrąca o miłość; a świat cały widzialny i niewidzialny woła do niego ustawicznie tajemniczym głosem: Człowiecze, miłuj Boga.

Święty Biskup w piękny sposób ukazuje nam co znaczy kochać, skąd wypływa ta potrzeba a jednocześnie w sposób jednoznaczny wskazuje, że to miłość do Boga czyni nas szczęśliwymi, to jej potrzebujemy do szczęścia. Patrząc dziś na naszego patrona, możemy dostrzec w nim Bożą miłość, która go przenikała, ale także tą, którą pokazywał i uczył innych.

Ten człowiek – błogosławiony Józef Sebastian Pelczar – był waszym biskupem. A wcześniej jeszcze był synem tej ziemi. Tu się urodził. Tu, w swej korczyńskiej rodzinie i parafii, usłyszał głos powołania do kapłaństwa. Jako kapłan przeszedł przez studia w Rzymie, a potem przez Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, był także rektorem tej czcigodnej uczelni – aby wrócić do was. Był waszym przemyskim biskupem w okresie przed I wojną światową i podczas tej wojny, która tutaj pozostawiła także swe ślady. I po wojnie w Polsce znów niepodległej od 1918 r. aż do śmierci w 1924. Jednakże pielgrzymowanie człowieka, który nie tylko mówi: „Panie, Panie”, ale który czyni wolę Ojca, prowadzi dalej niż na katedrę profesorską, dalej niż na tron biskupi – prowadzi do tego „królestwa niebieskiego”, które Chrystus, Syn Ojca, ukazał nam jako cel ziemskiego pielgrzymowania. Cel ostateczny, w którym wypełnia się do końca powołanie ludzkiej osoby, stworzonej na obraz i podobieństwo Boga samego. – św. Jan Paweł II – homilia beatyfikacyjna Biskupa Sebastiana Pelczara

O Wy, małej wiary!

Posted: 13 stycznia 2018 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Tak niedawno przeżywaliśmy radość ze Świąt Bożego Narodzenia. Uczestniczyliśmy w adwentowych przygotowaniach do tych wyjątkowych dni. Wsłuchując się w słowa z Pisma Świętego na Mszach świętych uczestniczyliśmy we wszystkich wydarzeniach związanych z przyjściem Jezusa na świat. W zwiastowaniu Maryi; śnie, którego doświadczył Józef; nawiedzeniu Elżbiety; poszukiwaniu gospody; wyprawie Mędrców ze Wschodu; ucieczce do Egiptu…

Byliśmy niejako świadkami wszystkich tych wydarzeń.

Czas mija. Mijają kolejne dni od zakończenia się Świąt, rozpoczął się też nowy rok kalendarzowy.

Wracamy do naszych środowisk – do pracy, na uczelnie, do szkoły. Czeka nas wiele spotkań z ludźmi, stawienie czoła codziennym obowiązkom. Jak co roku, to ważny moment!

Dlaczego?

Święta to wyjątkowo piękny i radosny moment. W czasie świątecznym całą naszą uwagę koncentrujemy na odpowiednim przygotowaniu (duchowym i zewnętrznym) do tych szczególnych świątecznych dni. Kiedy trwamy w tej radosnej atmosferze, łatwo poczuć się świadkiem tych wydarzeń, przejąć się nimi. Łatwo jest nabrać entuzjazmu – entuzjazmu do tego, aby jeszcze bardziej żyć wiarą (również wśród tych codziennych spraw); entuzjazmu do tego, aby podejmować nowe postanowienia i starać się żyć lepiej; entuzjazmu do tego, aby ze świadka stać się także apostołem, który swoją radością będzie dzielił się także z innymi.

Powrót do codzienności jest dla nas ważnym momentem właśnie z tego powodu. W okresie adwentowego oczekiwania i radosnego świętowania byliśmy świadkami. A teraz przychodzi moment, aby stać się apostołem – tym, który zaniesie nowonarodzone Słowo innym; tym, który będzie głosił Dobrą Nowinę.

W naszej konfrontacji z rzeczywistością bardzo często na pierwszy plan wychodzą dwie kwestie, które mogą przysłonić nam bycie świadkiem i apostołem Dobrej, Radosnej Nowiny w codziennym życiu. Pierwsza z nich to strach przed przyszłością i tym, co się zdarzy; strach przed wydarzeniami, które z naszej ludzkiej perspektywy są trudne, czasem być może nawet niewykonalne lub nawet niebezpieczne. Druga jest związana z bagażem naszych codziennych obowiązków, trosk i zwyczajnych spraw, o które możemy martwić się tak bardzo, że zbytnio pochłonie naszą uwagę – pozbawiając nas Bożego entuzjazmu i radości.

Obydwie wspomniane sprawy to nie tylko problem naszych czasów. Z takimi problemami musiało zmierzyć się również grono apostołów, którzy żyli w czasach Jezusa i byli przecież tak blisko Nauczyciela.

Wydawałoby się, że dwunastu apostołów znalazło się w wyjątkowo komfortowej i dobrej sytuacji do tego, aby chłonąć naukę Jezusa, żyć wiarą, poznawać Boga, a później głosić Słowo Boże.
Słuchali Jezusa i wszystkich Jego słów, byli obecni przy cudach – uzdrowieniach, rozmnożeniu chleba, wypędzaniu złych duchów… Moglibyśmy pomyśleć, że to idealne warunki! Być tak blisko wszystkich tych ważnych wydarzeń i uczestniczyć we wszystkim „na żywo”.

Jednak i tamci apostołowie musieli stawić czoła swoim wątpliwościom i lękom. Oni także musieli zmierzyć się z codziennymi troskami i zwyczajnymi sprawami. Ciekawą zależność możemy zauważyć w związku z tym w Piśmie świętym.

Biblia pokazuje dwie sytuacje, w których Jezus określa apostołów jako „Wy, małej wiary”. To bardzo ciekawe – zwłaszcza, kiedy porównamy ten obraz z sytuacjami, w których Chrystus chwali wiarę cudzoziemców lub ludzi, którzy nie byli Mu tak bliscy jak apostołowie.

W Ewangelii według św. Mateusza pierwszą sytuacją, w której Jezus określa Apostołów w ten sposób, jest ta podczas uciszenia burzy (Mt 8,23-27). Apostołowie wraz ze swoim Nauczycielem wsiadają do łodzi, aby przeprawić się przez jezioro. Nagle zerwała się bardzo gwałtowna burza. Apostołowie byli przerażeni – z ludzkiego punktu widzenia przerosła ich siła żywiołu, który w realny sposób mógł zagrażać ich zdrowiu i życiu. Z ludzkiego punktu widzenia czuli się bezradni, nie wiedzieli, jak poradzić sobie w tej sytuacji. A lęk był przecież ogromny! Jezus spał, choć najważniejsze było to, że przecież był wtedy z nimi – tak blisko, jak zwykle. U apostołów zwyciężyło ludzkie przekonanie i ludzki strach – dlatego też prosili Jezusa, aby ich ratował, bo giną. Wówczas Jezus zbudził się i zapytał: „czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?” – po czym uspokoił wichry i burzę.

Kolejna sytuacja została opisana kilka rozdziałów dalej (Mt 16,5-12). Apostołowie wędrowali wraz z Jezusem, podczas gdy Ten nauczał, stawiał czoła próbom, które stawiali Mu faryzeusze i saduceusze. Jezus ostrzegł wówczas apostołów, aby strzegli się kwasu faryzeuszów i saduceuszów. W tamtej sytuacji przypomnieli sobie, że zapomnieli zabrać ze sobą chleb. Codzienna i tak bardzo podstawowa potrzeba – chleb. Rozmawiali na ten temat – nie przejmując się wtedy innymi sprawami. Jezus zorientował się wtedy, co ich martwi i zapytał: „ludzie małej wiary czemu zastanawiacie się nad tym, że nie wzięliście chleba?”. Przypomniał im też cuda rozmnożenia chleba i ryb; przypomniał, jak ogromne tłumy najadły się w tamtych sytuacjach i jak wiele resztek zebrali apostołowie. Znów patrzyli na zwyczajne, codzienne sprawy jedynie z ludzkiej perspektywy – zapominając, że Chrystus jest tak blisko i Jego możliwości są nieograniczone! Z Nim przecież nie ma powodów do lęku, strachu, zmartwień i trosk! Nie ma takich sytuacji, które byłyby dla Niego trudne albo niemożliwe.

Teraz i my ruszamy w dalszą drogę – w drogę naszej codzienności. I my byliśmy świadkami wszystkich wyjątkowych wydarzeń związanych z narodzinami Jezusa. Regularnie uczestniczymy w Mszach świętych, regularnie czytamy Pismo święte… regularnie i wciąż na nowo jesteśmy świadkami wydarzeń z życia Jezusa. W każdej chwili naszego życia Bóg jest obecny przy nas – nawet wtedy, kiedy pierwszoplanową rolę grają nasze ludzkie wątpliwości, słabości, lęki czy troski.

Wyruszając w drogę ze świątecznym entuzjazmem, z radością płynącą z bycia świadkiem wspaniałych wydarzeń – nigdy nie pozwólmy, aby ta radość i entuzjazm zgasły w konfrontacji z rzeczywistością i codziennością. Bądźmy zawsze apostołami Dobrej Nowiny – pełnymi radości, uśmiechu, zapału i gorliwości. Święty Franciszek z Asyżu pouczał swoich braci: „zawsze głoście Ewangelię, a gdyby okazało się to konieczne, także słowami!”. Niech i nasze życie będzie pięknym przykładem życia Ewangelią – oby ono samo w sobie było pięknym świadectwem i apostołowaniem!

Jaki był ten rok?

Posted: 30 grudnia 2017 by Magdalena Maraj in przemyślenia
Tagi:

Nowy rok przynosi zawsze nowe nadzieje. Zamykamy pewien okres w życiu, rozpoczynamy inny. Pewien mądry kapłan powiedział mi kiedyś, że każda rocznica czy święto to dobry czas nie tylko do radości, ale także do rachunku sumienia. Może warto dziś pochylić się nad tymi słowami i zastanowić się nad minionym czasem.

Nie chodzi o to, by usiąść przy kartce papieru i zacząć wyliczać wszystkie zyski i straty. Nie w tym rzecz. Warto może zapytać o najszczęśliwszą chwilę tego roku. Co udało nam się zrealizować, jakie spełnić marzenie. Może drobne, małe, z pozoru niepozorne, ale coś co dało nam radość. Może dla innych było to coś błahego, ale dla nas było przyczyną radości.

Czasem zatrzymujemy się w życiu nad tym co nam nie wyszło, nad porażkami. One mogą bardzo zniechęcić człowieka. Niestety nasze życie jest tak skonstruowane, że nie obejdziemy się bez porażek. Nie unikniemy ich. Ważne jest jednak, by one nie brały góry nad naszym życiem. Każde niepowodzenie czegoś uczy – to pewne. Jednak nasze sukcesy są nie mniej ważne. Często gdy uda nam się zrobić choćby małą, ale ważną rzecz sami sobie udowadniamy, że jest to możliwe. Że potrafimy wychodzić także poza nasze granice.

Kończymy 2017 rok. Rok pełen różnych wydarzeń. Radosnych i smutnych, tych społecznych i tych prywatnych. Faktem jest jednak, że przeżyliśmy kolejny rok. Prawdą jest także, że mogliśmy się dziś nie obudzić. Nikt nie zagwarantował nam rok temu, że dziś będziemy mogli cieszyć się nowy czasem. Każdy dzień jest darem. Mimo, że tak ciężko nam to zauważyć. Ostatnio usłyszałam bardzo cenne słowa Wdzięczność jest egzorcyzmem, pomaga nam wyjść z goryczy codzienności. Często nie zwracamy uwagi na to, żeby być wdzięcznym. Na zwykłe „dziękuje” ale także na taką wewnętrzną wdzięczność. Wobec Boga za nowy dzień, za obudzenie się, za zdrowie, rodzinę… każdy za coś innego. Ale i wdzięczność ludziom, podobnie za różne rzeczy. Że znoszą nasze humory, że się do nas czasem uśmiechną, że pamiętają, za pomoc a czasem i za o wiele większe rzeczy. Każdy wie w sercu co i od kogo otrzymał.

Nowy rok przynosi nowe nadzieje. Robimy wiele planów, liczymy wydatki. Czasem powtarzamy sobie, że ten rok na pewno będzie lepszy, że zdarzy się coś dobrego. I dobrze. Nie zapominajmy także w nowym roku do wszystkiego co się dzieje, ale też do naszych planów i marzeń zapraszać Pana Boga. On jest Panem czasu, On dał nam życie, dał nam ten dzisiejszy dzień. U progu nowego roku trzeba nam zawierzyć go Bogu, ufając, że On wie co dla nas jest najlepsze.

Umieć dziękować, umieć wielbić Pana za wszystko, co dla nas czyni, jakże jest to ważne! Możemy zatem zadać sobie pytanie: czy umiemy powiedzieć: dziękuję? Jak często mówimy dziękuję w rodzinie, we wspólnocie, w Kościele? Ile razy dziękujemy tym, którzy nam pomagają, którzy są blisko nas, którzy towarzyszą nam w życiu? Często wszystko bierzemy za oczywiste! Dzieje się tak również w relacji z Bogiem. Łatwo jest pójść do Pana z prośbą o coś, ale wrócić by Mu podziękować… Dlatego Jezus mocno podkreśla brak dziewięciu niewdzięcznych trędowatych: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec? – Papież Franciszek

Nowy rok to dobry czas na rachunek sumienia. Spójrzmy dziś na to co się wydarzyło, co już za nami. Spróbujmy popatrzeć na ten czas w sposób pozytywny. Poszukajmy w nim dobra, spróbujmy się nimi ucieszyć raz jeszcze, a ponad wszystko podziękować za niego Bogu.

Ile razy…

Posted: 20 grudnia 2017 by Magdalena Maraj in przemyślenia
Tagi:

Cierpienie nie jest karą za grzechy ani nie jest odpowiedzią Boga na zło człowieka. Można je zrozumieć tylko i wyłącznie w świetle Bożej miłości, która jest ostatecznym sensem wszystkiego, co na tym świecie istnieje – św. Jan Paweł II

Ile razy chciałeś zrezygnować, zmęczony drogą wędrowcze? Ile razy siedziałeś samotnie na jakimś przydrożnym kamieniu zadając pytanie o sens wszystkiego co cię w życiu spotkało? Ile razy odpowiedzią na twoje pytania było tylko echo, które wciąż powtarzało je w twojej głowie. Ile razy stawiałeś sobie to tajemnicze pytanie: czy to wszystko dalej ma sens?

W życiu są takie pytania, na które nie można odpowiedzieć. I nie chodzi tutaj o pytanie, czy Bóg może stworzyć kamień, którego nie mógłby podnieść, bo tego typu pytania nic nie wnoszą do naszej wiary. Chodzi mi o pytania dotyczące naszej wiary i ważne dla nas.

Kiedyś pewien Ksiądz powiedział mi, że przed czymś czego nie można zrozumieć trzeba po prostu uklęknąć. To prawda.

Chyba jednym z pytań powracających do człowieka jak bumerang jest pytanie o cierpienie. O choroby, kataklizmy, nagłą śmierć itd. Pytania: dlaczego? Po co? Gdzie był Bóg? – nasuwają się niemal automatycznie. Możemy próbować stawiać odpowiedzi na te pytania. Jedni zaufają Bogu i przyjmą w jakiś sposób to co się stało, innym przyjdzie to o wiele ciężej. Wiele osób próbowało odpowiedzieć na pytanie o sens cierpienia. Oczywiście odpowiedź wiary pokazuje nam Jezus Chrystus przybity do krzyża, ten cierpiący, w koronie z cierni, oddający się w ręce Ojcu.

Gdzie zmysł próżno dojść się stara,

Serce żywa wzmacnia wiara,

Porządkowi rzeczy wbrew – z Sekwencji na Boże Ciało

Cierpienie jest tajemnicą. I ilekroć byśmy nie pytali o jego sens, tyle razy nie otrzymamy odpowiedzi. Jedni mówią, że cierpienie ma niezwykłą wartość zbawczą. Ofiarując cierpienie możemy pomagać innym braciom w wierze. Trzeba nam o tym pamiętać.

Zatrzymajmy się jeszcze chwilę przy Chrystusie wiszącym na krzyżu. Popatrzmy na Jego cierpienie. To, że jest Bogiem nie znaczy, że nie czuł cierpienia. Jest także człowiekiem, zna więc doskonale co znaczy ból i ten fizyczny i ten psychiczny. Można mówić, że Bóg nie rozumie, pytać gdzie jest itd. jednak nie mamy argumentów gdy popatrzymy na Chrystusowy krzyż. On właśnie z wysokości krzyża uczy nas wartości cierpienia.

Ludzką reakcją jest chęć poddania się i rezygnacji, bo czasem jest nam za ciężko, jednak w takich chwilach trzeba nam uchwycić się krzyża. Pewien Ksiądz w trudnych chwilach często powtarzał mi, że może być gorzej, długo nie chciałam się zgodzić z tym twierdzeniem, ale w końcu zrozumiałam. Tak, to prawda zawsze można cierpieć bardziej. A dziś trzeba nam dziękować za to co mamy. Czasem zamiast patrzeć czego nam brak, trzeba zobaczyć to co dostaliśmy, czym się możemy cieszyć. A mamy za co Bogu dziękować. Może to na co dziś odpowiada tylko echo, może te wszystkie trudne chwile i sytuacje, całe to cierpienie jest jakimś kluczem do jutra. Nie wiem bowiem co wydarzy się jutro. Może jutro echo nie odpowie, może jego miejsce zajmie blask słońca i ciepły powiew wiatru, który wszystko wyjaśni i ukoi. Chrystus nie po to dał się przybić za mnie i za ciebie na drzewie krzyża, żebyś się poddał. Po każdej nocy wschodzi dzień…

Trwamy w Adwencie, czasie radosnego oczekiwania, czemu więc dziś o cierpieniu? Bo ono nie jest oderwane od ludzkiego, codziennego życia. Mimo, że różnie je przeżywamy to jest ono obecne także w czasie Adwentu. Nie pozwólmy mu jednak zabrać nam radości z przyjścia Zbawcy. Pamiętajmy, że Bóg przychodzi, by nas zbawić, a przez swoją miłość pokazuje nam, że dźwiga z nami wszystko co trudne.

Ból i cierpienie nie są czymś daremnym, czymś, co trzeba znosić w samotności.
Chociaż w dalszym ciągu trudno jest pojąć cierpienie, to jednak Jezus ukazał nam jasno, że wartość ludzkiego cierpienia jest związana z Jego własnym cierpieniem i śmiercią, z Jego własną ofiarą. Innymi słowy, przez wasze cierpienie pomagacie Jezusowi w Jego dziele zbawienia –
św. Jan Paweł II