Posts Tagged ‘przemyślenia’

Proście Pana żniwa…

Posted: 28 Marzec 2017 by Sandra Kwiecień in kapłani, przemyślenia
Tags: ,

 

Msza święta – w niedziele, święta, dni powszednie. Każdego dnia w każdym kościele parafialnym odbywa się kilka Mszy świętych, a każda z nich jest wyjątkową i niepowtarzalną okazją, aby spotkać się z Panem, posłuchać Słowa Bożego, pomodlić się. W kościołach odbywają się nabożeństwa, adoracje. Organizowane są spotkania, katechezy, wyjazdy, dni skupienia… Wydawałoby się, że życie duszpasterskie w pełni kwitnie.

Kiedyś zdarzyła mi się sytuacja, która w tym kontekście dała mi dużo do myślenia.

Wyjechałam kiedyś na spotkanie młodych (organizowane przez wspólnotę Taize) do Rotterdamu. Razem z koleżankami zostałyśmy zameldowane u pewnej rodziny. Z czasem okazało się, że byli protestantami i to spotkanie na pewno było dla nas przestrzenią do dzielenia się naszą wiarą – podobieństwami i różnicami. Osobą, która najbardziej się nami zajęła w czasie naszego pobytu, była córką naszych gospodarzy – a że byłyśmy wszystkie w podobnym wieku, z łatwością udało się nam nawiązać kontakt. Po jakimś czasie miała miejsce rewizyta – nasza koleżanka z Holandii przyjechała do Polski na wakacyjny wypoczynek. Podczas jej pobytu starałyśmy się pokazać jej atrakcje naszego miasta i różne ciekawe miejsca w naszej okolicy. Któregoś dnia szłyśmy na spacer i w godzinach wieczornych przechodziłyśmy akurat jednego z pobliskich kościołów. Z wieczornej Mszy świętej (w dniu powszednim) wychodzili akurat ludzie – nie była to jakaś wielka ilość ludzi, jednak na tyle spora, że przyciągnęła uwagę koleżanki. Wiedziała już, że to kościół, ale w tamtej sytuacji zdziwiła ją taka ilość ludzi, która z niego wychodziła. Zapytała mnie wtedy, co takiego się tam dzieje i skąd w tygodniu wzięło się tam tyle osób. Odpowiedziałam jej (wtedy zaskoczona jej zdziwieniem), że to po prostu wieczorna Msza święta. Zdziwienie mojej koleżanki wzrosło jeszcze bardziej. Wtedy zaczęła się kolejna seria pytań na zasadzie: „Ale jak to? Msza święta tak codziennie wieczorem?”. Wytłumaczyłam jej wtedy, że Eucharystia odbywa się w każdej parafii rano i wieczorem w dni powszednie, a w niedziele Msze święte odbywają się częściej. Moja koleżanka powiedziała mi wtedy, że choć protestantyzm jest głównym wyznaniem w Holandii (obok Kościoła Rzymskokatolickiego), to wszędzie w kościołach odbywa się jedno nabożeństwo w niedzielę: i nic poza tym.

Opowiadam tę historię, ponieważ w Polsce doskonale znamy obraz otwartych kościołów, regularnych Mszy świętych, różnorodności nabożeństw. Wciąż nie odczuwamy jeszcze braku kapłanów. Przez to wpadamy w „pułapkę przyzwyczajenia”. Uczestniczymy w życiu Kościoła, wierzymy, rozwijamy nasze życie duchowe. Jednak być może czasem nie zauważamy, jak ogromny skarb mamy – skarb polegający na wielu możliwościach spotkania się z Panem poprzez Eucharystię i sakramenty.

Akcja Dzieła Duchowej Adopcji Kapłanów propaguje ideę modlitwy za kapłanów. Niczym motto możemy więc powtarzać tutaj słowa: „Kapłani potrzebują naszej modlitwy, bo Kościół potrzebuje świętych kapłanów”. Jednak dla nas, jako ludzi wierzących, jeszcze jedna intencja powinna być bardzo, bardzo istotna. Chodzi mi o modlitwę w intencji nowych i świętych powołań do kapłaństwa.

Historie powołania są różne – prawdopodobnie każdy ksiądz mógłby opowiedzieć inną historię. Czasem dar powołania przyszedł „naturalnie” – bez fanfar i fajerwerków. Z drugiej strony – na pewno można też podać wiele przykładów, w których droga do kapłaństwa była pełna „przygód”: zakrętów, zwątpień, buntów i trudności. Pan Bóg zaprasza – jednak to po stronie człowieka leży odpowiedź na to zaproszenie. A człowiek ma wolną wolę – jego decyzja może być „na tak” lub „na nie”. Powołanie można przyjąć – postąpić tak jak apostołowie: zostawić wszystko i pójść za Chrystusem. Jednak można je także odrzucić i „zmarnować”.

Piękne wydają się tutaj słowa ks. Jana Kaczkowskiego, który w książce „Życie na pełnej petardzie”, odpowiadał na pytanie „Co to znaczy zmarnować powołanie?”. Padły wtedy następujące słowa:

To znaczy to samo co zmarnowanie wielkiej miłości. Marnujesz miłość, kiedy o nią nie dbasz. Marnujesz powołanie, kiedy się poddajesz i tracisz ideały, przestajesz nad sobą pracować i wymagać od siebie. Zmarnować, czyli też nie odkryć powołania. Czujesz, że coś cię w sercu drapie, ale ze względu na swoje lęki odkładasz ostateczną decyzję.

W kontekście powołania doskonale znana jest scena biblijna opisana w 9. Rozdziale Ewangelii św. Mateusza:

Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo». 

(Mt 9,35-38)

Współczesne „żniwo” również jest wielkie – wciąż potrzeba nam wielu kapłanów, którzy z oddaniem i gorliwością będą sprawowali sakramenty, głosili Słowo Boże, prowadzili nabożeństwa i spotkania. Bardzo, bardzo serdecznie zapraszamy Was do tego, aby objąć modlitwą kapłanów i zatroszczyć się o ich świętość. Jednak tym razem zachęcamy Was do tego, aby po raz kolejny uświadomić sobie, że „nikt nie rodzi się księdzem” – księdzem zostaje ten, kto odpowie na powołanie, czyli Boże wezwanie. Dlatego módlmy się, aby nigdy nie zabrakło powołanych i módlmy się, aby ci, których „coś zaczęło drapać w sercu”, znaleźli odwagę do podążania za tym głosem powołania i potrafili pozytywnie na nie odpowiedzieć.

Nie zapominajmy o powołanych!

Wielbisz?

Posted: 19 Marzec 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tags:

Dobra praca, sukcesy zawodowe, zadowolenie z powierzonych obowiązków. Talent, zdolności, rozległa wiedza – powodzenie w szkole lub na uczelni. Zdrowie i brak jakichkolwiek poważnych dolegliwości. Dostatek – poczucie, że można zaspokoić wszystkie podstawowe potrzeby. Szczęście życia rodzinnego – obecność i wsparcie bliskich. Możliwość zapewnienia rodzinie godnego życia. Grono sprawdzonych przyjaciół, życzliwość napotkanych ludzi, łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Wiele wspaniałych przygód, podróże, niezapomniane chwile. Radości, małe lub duże sukcesy w życiu prywatnym (rodzinnym czy towarzyskim).

Zmartwienia dnia codziennego – mniejszego lub większego “kalibru”. Cierpienie, choroba, uciążliwe problemy zdrowotne. Długotrwały brak pracy lub jej nagła utrata. Brak możliwości uzyskania wymarzonego wykształcenia. Niewystarczające środki, aby zaspokajać swoje potrzeby i zapewnić byt rodzinie. Problemy rodzinne, konflikty, nieporozumienia, utrata bliskiej osoby. Brak przekonania o wsparciu ze strony najbliższych, trudność w nawiązywaniu kontaktów, poczucie osamotnienia. Monotonia, smutek, rozczarowania…

To zestawienie pokazuje dwa skrajne stany, które można byłoby określić z grubsza jako szczęście i nieszczęście.
Bóg ma wobec każdego z nas pewien plan – wspaniały, wyjątkowy plan. I każdego dnia zaprasza nas do przeżycia tej niezwykłej przygody, zapewniając nas nieustannie o Swojej obecności i działaniu. Każda chwila naszego życia to znak Jego wsparcia i tego Bożego działania.

Powyższe zdania o Bożym wsparciu, o Jego obecności i działaniu mogą się nam wydawać banalne – tak często słyszymy na Mszach lub nabożeństwach takie i inne, podobne zdania, wszystkie motywowane są niezbitym argumentem o Bożej miłości ku nam.

Po co więc po raz kolejny przypominać te zdania? Jaki ma to związek z poczuciem zadowolenia albo nieszczęścia? Otóż, odpowiedź jest wyjątkowo oczywista. W życiu spotykają nas różne chwile – te dwa skrajne stany, poczucie szczęścia i nieszczęścia, przeplatają się ze sobą. Ale! W każdej z tych chwil naszego życia jest obecny Bóg – nawet jeśli nie zawsze potrafimy Go dostrzec.

Obserwując ludzi i świat można odnieść wrażenie, że zauważenie Boga w trudnych chwilach jest proste. Mając poczucie niezadowolenia albo nawet nieszczęścia często przecież „uciekamy się” do Boga, prosząc go, aby zmienił daną sytuację. Czasem, kiedy jednak tak bardzo trudno zauważyć sens naszego cierpienia, może pojawić się inna forma „zauważenia Boga”, polegająca na „obwinianiu” Go za aktualny stan rzeczy. A przecież – nie można nam zapomnieć, że w naszym życiu każda chwila jest nie tylko pełna Bożej obecności, ale także jest pełna sensu. Zapytacie: jak to możliwe, żeby w cierpieniu i nieszczęściu był sens? Jan Paweł II mówił, że nie ma takiego zła, z którego Bóg nie wyprowadziłby wielokrotnie większego dobra. Toteż cierpienie w naszym życiu może mieć sens – być może ma ono pokazać nam nasze zachowanie czy reakcje w danych sytuacjach; może poprzez wszystkie nasze osobiste trudności mamy zbliżyć się do naszego Niebieskiego Ojca… Każda jedna historia jest inna. Jeśli napotykamy na trudności, Bóg przygotował dla nas także i dobro – na które czasem musimy cierpliwie poczekać. Jednak wniosek pozostaje niezmienny – łatwo przychodzi nam mówienie Bogu, jak bardzo nam ciężko.

Z drugiej strony, można odnieść wrażenie, że kiedy człowiek ma poczucie spełnienia i szczęścia, nie dostrzega Jego obecności. Wówczas człowiek cieszy się, ma dużo zapału do dalszego działania.

17 rozdział Ewangelii według św. Łukasza (Łk 17,11-29) przedstawia nam sytuację analogiczną do tej współczesnej. Jezus zmierza do Jerozolimy, przechodząc przez obszar Samarii i Galilei. Spotkał tam 10 trędowatych wołających do Niego z prośbą o litość i pomoc. Jezus nakazał im udać się do kapłanów – a oni poszli. Kiedy już grupa dziesięciu trędowatych była w drodze, jeden z nich zorientował się, że został uzdrowiony. Nietrudno było zauważyć ustąpienie trądu, ponieważ w tamtych czasach była to choroba nieleczona, w związku z czym dawała bardzo wyraźne objawy (w postaci plam na skórze przekształcających się z czasem w deformacje ciała lub nawet twarzy). Jak podaje Ewangelia – uzdrowiony człowiek zaczął się ogromnie radość i chwalić Boga. Co więcej – zamiast udać się w dalszą drogę do kapłanów, wrócił do Jezusa, „następnie upadł na twarz u stóp Jezusa i dziękował Mu” (Łk 17,15). Wrócił jeden, choć zostało uzdrowionych dziesięciu.


Choć w życiu spotykają nas różne okoliczności i wydarzenia, nie możemy zapomnieć, aby w każdej z nich szukać obecności Boga. Powinniśmy uciekać się do Niego, ufając, że On ma dla nas coś lepszego – nawet jeśli na razie nie mamy pojęcia, co to takiego. Podobnie jak dziewczynka, która ma oddać swojego misia Jezusowi – jest jej ciężko, bo jak czytamy na rysunku: to jej ULUBIONY miś, a nie jakiś jeden z wielu przypadkowych. Czasem więc trzeba przeżyć coś, co z ludzkiej perspektywy jest trudne. Czasem trzeba zrezygnować z czegoś, co po ludzku jest dla nas bardzo ważne. Jednak ufając Bogu na pewno się nie rozczarujemy – On wie co robi!

Dlatego nie zastanawiaj się, zaufaj! Oddaj Bogu swoje problemy, trudności i troski, ale nie zapominaj także o tych „radosnych powrotach” pełnych uwielbienia Boga za całe dobro, które od Niego pochodzi.

Jest jeszcze jeden biblijny obraz, który warto tu przywołać.
W Łukaszowej Ewangelii jest zdanie, które wszyscy doskonale znamy:
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
(Łk 1,46-47)
W tym jednym zdaniu kryje się naprawdę niezwykła postawa Maryi. Stało się przecież coś, czego zupełnie nie rozumiała. Oto dowiedziała się, że zostanie matką Syna Bożego – a to z jej ludzkiego punktu widzenia niemożliwe. Nie rozumiała tego, więc z pewnością była zaskoczona, przerażona i pełna wątpliwości. Mimo wszystko, zawierzyła i zaufała woli Bożej – a te niezwykłe i niezrozumiałe wydarzenia były dla niej wystarczającym powodem, żeby wypowiedzieć słowa uwielbienia dla Boga.

A Ty? Potrafisz wrócić do Jezusa i tak jak człowiek uzdrowiony z trądu podziękować? Dzielisz się z Nim swoją radością ze swoich sukcesów – wśród których przecież i On jest obecny? Potrafisz jak Maryja uwielbić Boga – pomimo niezrozumiałych i zaskakujących wydarzeń?

Jak często negocjujesz z kusicielem?

Posted: 17 Marzec 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tags:

Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!

Zdanie przytoczone jako tytuł tego tekstu jest na pewno doskonale znane – pochodzi z Księgi Kapłańskiej (rozdział 19, werset 2). Są to słowa skierowane przez Boga do Mojżesza – słowa, które Mojżesz ma następnie przekazać Izraelitom.

Ten kolejny wielkopostny tekst jest w pewnym sensie kontynuacją tekstu o spowiedzi. Wielki Post pełen jest nawoływania do pokuty, pojednania. W tym okresie szczególnie dużo mówi się o grzechu, pokusach i pracy nad sobą. Wiele osób może uznać, że to dość nudne: cały czas to samo, ciągle te same hasła… Jednak ma to swój bardzo, bardzo głęboki sens – uświadomienie sobie tego, że jesteśmy grzeszni, że zdarza się nam upadać, jest ważne, ale najważniejsze jest to, co z tym zrobimy dalej.

A co możemy zrobić dalej z tą „perspektywą naszego grzechu”?

Pierwszą możliwością jest zatrzymanie się na tej „perspektywie grzechu”. Zatrzymujemy się, a więc żyjemy w ciągłym poczuciu winy – bo przecież jesteśmy słabi, bo przecież niedługo znów upadniemy. Nie wspominając już o kolejnych argumentach z serii: „przygotowuję się do spowiedzi, ale i tak często spowiadam się z tego samego”, „po co regularnie przygotowywać się do spowiedzi i przyjmować ten sakrament, skoro niedługo znów będzie to samo?”.

Jednak takie podejście to trwanie w przeszłości i „zamknięcie się” na przyszłość i na to, co jeszcze przed nami.

Dlatego też – trwając w wielkopostnych rozważaniach – chciałabym przypomnieć Wam drugą możliwość spojrzenia na grzech i pokusy. Druga możliwość jest dokładnym przeciwieństwem pierwszej: nie zatrzymuj się, ale działaj!

Nasze działanie w tej kwestii może polegać na obserwowaniu tego, co się w dzieje w nas – tak, abyśmy mogli poradzić sobie z naszymi myślami i zachowaniami, zanim jeszcze ulegniemy naszym słabościom.

Dobre zrozumienie tego, na co mamy zwracać uwagę i czemu się przyglądać to w zasadzie odpowiedź na pytanie: jak przychodzi do nas pokusa?

Możemy przypomnieć sobie tutaj biblijny opis kuszenia Ewy przez węża w 3 rozdziale Księgi Rodzaju – wszyscy go z pewnością doskonale znamy. Jest to również opis popełnienia pierwszego grzechu w historii świata stworzonego przez Boga – świata, w którym Bóg zaplanował doskonałą harmonię, porządek; świata, w którym grzech pojawił się ze względu decyzję człowieka.

W tej scenie z Pisma świętego na początku pojawia się wąż – kusiciel, którego dostrzega Ewa. Wąż symbolizuje możliwość popełnienia zła – samo jego pojawienie się jest pewnego rodzaju „sugestią”, aby zrobić coś zakazanego. Następnie następuje bardzo rozbudowany etap dialogu pomiędzy wężem a niewiastą. Ewa podejmuje tę rozmowę, a wąż na każdym etapie poddaje w wątpliwość jej wcześniejsze myślenie posługując się kłamstwem. Rozpoczyna się wahanie, a ze strony węża pada propozycja zjedzenia zakazanego owocu, a także zafałszowanie intencji w zakazie postawionym przez Boga [„Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło.” (Rdz 3,5)]. Na samym końcu – człowiek (w tym przypadku Ewa) podejmuje decyzję.

Współcześnie ten schemat jest bardzo podobny.

Najpierw dostrzegamy pojawienie się kusiciela. I oto staje przed nami możliwość popełnienia jakiegoś zła. Przykłady takiej sugestii można by mnożyć – choćby taki: człowiek, który zauważa niepilnowaną rzecz (załóżmy: kurtkę, która mu się podoba albo torebkę, w której może znajdować się portfel z pieniędzmi), dostrzega też możliwość, aby ją sobie przywłaszczyć. Inne przykłady to możliwość pojawienia się perspektywy oszustwa lub kłamstwa, na którym w dalszej perspektywie można zyskać jakieś osobiste korzyści (np. materialne). Najczęściej jednak możliwość ta pojawia się w sposób subtelny. To pierwszy „test” – jeśli człowiek nie dostrzeże tej możliwości, to nie będzie przywiązywał uwagi do tej pokusy. Jeśli jednak człowiek dostrzeże możliwość popełnienia zła, nadejdzie kolejny etap pokusy – rozmowa z kusicielem. Tu pojawiają się wątpliwości, rozważanie tej możliwości – i chociaż decyzja związana z popełnieniem grzechu nie jest jeszcze przesądzona, to jednak wraca do człowieka i w jakimś sensie nie daje mu ona spokoju. Dialog może przybierać na intensywności – zaczynają się coraz większe wątpliwości i coraz większe wahanie. Można powiedzieć o pewnego rodzaju „walce wewnętrznej” – ponieważ człowiek „przyzwyczaił się” do myśli o tej pokusie, przez możliwość przybiera ona coraz bardziej „realną” postać. Celem kusiciela jest zburzenie dotychczasowego systemu wartości i ich zakwestionowanie, które prowadzi do przyzwolenia na taką możliwość („bo może to nie takie złe, jak się wydaje”).

Jednak – jak długo człowiek się waha, wciąż jest nadzieja na pójście w dobrym kierunku. Dopiero ostatni etap to decyzja. To etap, kiedy człowiek świadomie i dobrowolnie decyduje się na zło – czyli ma miejsce grzech.

Oznacza to, że grzech to tak na dobrą sprawę nie impuls, któremu człowiek niepostrzeżenie ulega. To decyzja, która w gruncie rzeczy jest rozłożona w czasie i składa się z kilku etapów. Wahanie pomiędzy dobrem a złem trwa do końca – aż do momentu podjęcia przez człowieka ostatecznej decyzji o pójściu za „wężem” i pokusą.

Po lekturze tych dwóch akapitów można odnieść wrażenie, że „pokusa czai się wszędzie” i trzeba szukać jej wszędzie, aby w porę ją wyeliminować. Nic bardziej mylnego. Pisząc to wszystko chciałabym zachęcić Was do wielkopostnej (i nie tylko) czujności – ale rozsądnej. Tak, aby z jednej strony podjąć walkę w życiu duchowym, ale z drugiej strony – nie dać się zwariować tą perspektywą grzechu.

Zachęta do bycia czujnym i do podjęcia działania w kwestii pracy nad sobą ma jeden główny cel. Pokazanie, że za każdym razem do ostatniej chwili mamy wybór. I choć nie zawsze uda nam się uniknąć upadku i grzechu, to zawsze warto próbować, bo zawsze ten proces będzie się powtarzał – i wciąż od nowa będziemy mieli kolejną szansę, aby zmierzyć się z naszymi pokusami i podjąć ostateczną, dobrą decyzję.

Natomiast słowa Boga skierowane do Mojżesza to jasna i bardzo konkretna alternatywa dla pokusy – bo ilekroć pojawia się w naszym życiu „wąż”, który kusi nas do popełnienia zła, pada także propozycja Boga do wybrania tego co dobre: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!”

Kąpiel dla duszy

Posted: 13 Marzec 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tags:

Wielki Post – czas pokuty, czas nawrócenia. Jednym z elementów, który towarzyszy nawróceniu (zarówno temu wielkopostnemu, jak i każdemu innemu), jest sakrament pokuty i pojednania – czyli spowiedź. Jednak w przeżywanym przez nas okresie Wielkiego Postu temat spowiedzi wydaje się być jeszcze bardziej „na czasie”. Wynika to przede wszystkim z tego, że Kościół w swoich przykazaniach uczy nas: „Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą”. A skoro mowa o przyjęciu Komunii świętej, to konieczny jest stan łaski uświęcającej – a co z tym idzie: spowiedź.

Dla każdego z nas, dla każdego katolika, spowiedź może się wydawać czymś dość oczywistym. Przecież wskazane jest częste przystępowanie do tego sakramentu – tak, aby podejmować regularne nawrócenie, pracę nad swoim życiem duchowym, utrzymać stan łaski uświęcającej. Jednak za każdym razem (a teraz, w okresie Wielkiego Postu, być może w sposób szczególny) warto zadać sobie pytanie – jak dobrze przygotować się do spowiedzi? Chcąc odpowiedzieć na zadane powyżej pytanie – przedstawiamy Wam kilka rad, które mogą pomóc Wam w tym pomóc.

Nie zwlekaj.

Często możemy odnieść wrażenie, że zło dość „łatwo” wkracza do naszego życia – zawsze pod pozorem przyjemności i czegoś, co wyjątkowo nas kusi. Zawsze wydaje nam się, że obędzie się bez konsekwencji – zwłaszcza, że kiedy już popełnimy błąd, widzimy, że teoretycznie nic się nie zmieniło: świat wokół nas nadal wygląda tak samo, a nasze codzienne życie toczy zwyczajnie. Jednak zło pozostanie złem, grzech pozostanie grzechem – a to zawsze negatywnie wpływa na nasze życie duchowe, zrywając więź z Bogiem i wspólnotą Kościoła. Odbudowanie tej więzi wymaga podjęcia trudu nawrócenia, pokuty i pojednania. Proces ten najłatwiej zacząć dostrzegając popełnione zło (grzech) i przystąpienie do spowiedzi. Jednak tu zaczynają się „schody”, bo to, co na początku wydawało się tak kuszące, łatwo dostępne i bez konsekwencji, nagle okazuje się czymś wstydliwym i problematycznym. Nagle trudno nam uklęknąć przed kratkami konfesjonału i przyznać się do naszych grzechów. Moja koleżanka, przygotowująca się w nowicjacie do życia zakonnego, powiedziała mi kiedyś jedno zdanie, które uważam za niesamowicie trafne: „spowiedź nie ma być pogłaskaniem po główce i stwierdzeniem, że nic się nie stało. To ma być właśnie powiedzenie, że COŚ się stało, ale nie wszystko jest przegrane.” Być może właśnie dlatego pojawia się w nas pokusa odkładania spowiedzi na później. Mamy poczucie, że nie jesteśmy jeszcze gotowi, że wciąż nie ma dobrej okazji, by przygotować się do spowiedzi, czasem może po prostu szukamy usprawiedliwień dla naszego grzechu albo staramy się myśleć, że „nic takiego się nie stało”. A przecież spowiedź i podjęcie wysiłku przygotowania się do niej to w dużej mierze kwestia naszej decyzji, że chcemy oderwać się od tego, co złe i podjąć trud dalszej drogi w kierunku tego, co dobre. Dostrzeżmy też nadzieję płynącą ze spowiedzi – że wprawdzie popełniliśmy błąd, ale nie wszystko jeszcze przegrane, bo Boże miłosierdzie nie zna granic!

Modlitwa

Dla każdego „strategia” wyboru spowiednika będzie inna. Niektórzy decydują się na wybór stałego spowiednika, któremu pozwolimy się poznać wraz z naszymi słabościami, ponieważ dzięki temu będzie on doradcą w kwestiach związanych z życiem duchowym i przewodnikiem w drodze do świętości. Inni będą spowiadać się regularnie u tego samego kapłana – choć bez obrania go sobie jako stałego spowiednika (kierownika duchowego). Ostatnią i prawdopodobnie największą grupą penitentów są też te osoby, które korzystają z sakramentu pokuty i pojednania, jednak nie znają księdza, którego spotkają po drugiej stronie kratek konfesjonału (lub znają go tylko „ze słyszenia”). W każdym z powyższych przypadków warto pomodlić się w trzech intencjach: o dobre przygotowanie do spowiedzi, w intencji spowiednika (o mądre i cenne uwagi z jego strony) i o dobrą spowiedź – czyli o owocne jej przeżycie.

Wybór spowiednika

Kiedy decydujemy się na przystąpienie do spowiedzi, często możemy wybrać także dobry moment (termin), w którym się ona odbędzie. Dlatego też – jeśli nie mamy kierownika duchowego lub nie spowiadamy się regularnie u tego samego kapłana, warto pomyśleć o wyborze spowiednika. Uczestnicząc w życiu danej parafii niejednokrotnie zdarza się, że kazania któregoś z księży w szczególny sposób do nas trafiają. Być może mamy znajomych, którzy bazując na własnych doświadczeniach, mogliby „polecić” jakiegoś konkretnego kapłana.

Na stronach internetowych parafii niejednokrotnie można znaleźć informacje o dyżurach spowiedników – dlatego też łatwiej jest przystąpić do spowiedzi u konkretnego księdza.

Natomiast jeśli z różnych względów nie mamy już możliwości „wyboru” spowiednika – więcej modlitwy o dobrą spowiedź i spowiednika na pewno nie zaszkodzi! 🙂

Spowiedź

Kościół wskazuje nam 5 warunków dobrej spowiedzi – prawdopodobnie wszyscy doskonale je znamy, ponieważ były często omawiane w ramach katechez (w szkołach, podczas przygotowań do sakramentu bierzmowania itd.).

Pierwszym z nich jest rachunek sumienia. Na tym etapie konieczne jest przemyślenie swoich poczynań – w odniesieniu do Dekalogu, Pięciu Przykazań Kościelnych, Dwóch Przykazań Miłości lub Siedmiu Grzechów Głównych. Do rachunku sumienia przydatne mogą być wybrane fragmenty Pisma świętego. Jeśli dotychczas nie wypracowaliśmy swojej własnej metody na rachunek sumienia, możemy znaleźć wiele pomocnych materiałów w modlitewnikach, książkach religijnych, ale także w internecie: na przykład na stronach niektórych zgromadzeń zakonnych. Funkcjonuje również strona spowiedz.katolik.pl, na której znajdziemy wiele „wzorów” rachunku sumienia. Z czasem, kiedy rachunek sumienia wejdzie już w krew, łatwiej będzie przejść przez ten etap przygotowania do spowiedzi – wtedy nie będzie trzeba bazować jedynie na gotowych wzorach, ale człowiek sam wypracuje sobie swój własny sposób na rachunek sumienia.

Rachunek sumienia może stać się także naszym codziennym nawykiem i być „wyznacznikiem” trwania w łasce uświęcającej. W ramach rachunku sumienia (zarówno tego przed spowiedzią, ale także w ramach tego codziennego) powinniśmy sobie zadawać pytanie o „materię” popełnionych grzechów – to znaczy o to, czy są to grzechy ciężkie (śmiertelne) czy powszednie. Grzech ciężki (śmiertelny) oznacza dobrowolne i świadome przekroczenie Bożego prawa w poważnej materii (na przykład Dekalogu). Za grzech ciężki można uznać także takie czyny wobec drugiego człowieka, w efekcie których nasz bliźni cierpi (duchowo lub fizycznie) albo nieodwracalnie traci jakieś dobro. Grzechy śmiertelne powodują zerwanie jedności z Bogiem, przez co człowiek (bez uzyskania rozgrzeszenia) nie może przystępować do Komunii świętej.

Grzech lekki (powszedni) to ten, który nie został popełniony dobrowolnie i świadomie. Nie zrywa on jedności z Bogiem, nie powoduje utraty łaski uświęcającej – a co za tym idzie: oznacza możliwość przystępowania do Komunii świętej. Katechizm Kościoła Katolickiego wskazuje, że w celu rozróżnienia „wagi” grzechu (czy jest to grzech ciężki czy powszedni) warto odnosić się zawsze do 10 przykazań Bożych (KKK 1858).

Kolejnym warunkiem dobrej spowiedzi jest żal za grzechy. Jest on mocno związany z pierwszym warunkiem dobrej spowiedzi, ponieważ najpierw należy uświadomić sobie, jakie grzechy popełniliśmy, a następnie – uświadomić sobie ich wagę i konsekwencje (czyli odczuć żal za ich popełnienie).

Trzeci element to mocne postanowienie poprawy. Ma ono polegać na silnej chęci odwrócenia się od tego, co złe, ale także – na decyzji o tym, że w przyszłości będziemy starali się wybierać dobro i nie grzeszyć. Człowiek w swojej naturze może upadać – jednak mimo wszystko warto przystępować do sakramentu spowiedzi, postanawiać poprawę, podjąć pracę nad sobą i za każdym razem walczyć o to, aby zmierzać ku temu co dobre. A w konsekwencji – żeby zmierzać do świętości.

Czwartym warunkiem jest szczera spowiedź – jest to już ten moment, kiedy klękamy już do kratek konfesjonału. Ostatnim warunkiem dobrej spowiedzi jest zadośćuczynienie – oznaczające odprawienie zadanej pokuty, ale także naprawienie tego, co zostało zepsute przez popełniony wcześniej grzech.

I co dalej?

Zazwyczaj po przystąpieniu do sakramentu pokuty każdy z nas z całą mocną chciałby zmienić swoje życie. Jednak – tak jak to zostało już napisane: człowiekowi nie zawsze wystarczy silnej woli i czasami najzwyczajniej na świecie upada. Dlatego można by było zapytać się: co dalej? Po co spowiedź, skoro za jakiś czas (krótszy lub dłuższy) zło zacznie powracać?

Św. Ojciec Pio mówił, że „spowiedź to kąpiel dla duszy”. Dlatego też – zawsze warto podjąć trud regularnej spowiedzi, regularnej pracy nad swoim postępowaniem, nad przezwyciężaniem naszych wad, pokus, i grzechów. Każdy z nas może dojść do świętości – bo „każdy święty ma przeszłość, każdy grzesznik ma przyszłość”.

Duchowy Tata?

Posted: 11 Marzec 2017 by Magdalena Maraj in kapłani, przemyślenia
Tags: ,

Kapłan jest człowiekiem żyjącym samotnie po to, aby inni nie byli samotni – św. Jan Paweł II

Piękne słowa, jakże prawdziwe. Kapłani, których spotykamy nie są święci, bo gdyby byli święci czcilibyśmy ich na obrazach lub w inny sposób, a nie żyliby obok nas. To sprawia, że wszyscy wspólnie dążymy do świętości. Ramię w ramię. Oczywiście czasem słyszy się, że ten czy tamten kapłan jest święty, ale oznacza to, że my, patrząc oczami ludzkimi, uważamy go za świętego. Słowo to, gdy sięgniemy do słownika oznacza „oddzielony”, myślę, że możemy powiedzieć sobie po prostu: inny, nie należący do świata. Są tacy kapłani, których jakoś szczególnie uważamy za zakochanych w Chrystusie i niebie. Musimy jednak pamiętać, że kapłan, który dla nas jest „wyjątkowy” nie musi być wyjątkowy dla kogoś innego. Pan Bóg działa w różny sposób na różnych ludzi. Tyle jest możliwości i dróg do Boga, ile jest ludzi. Bo Bóg ma inną drogę dla każdego człowieka – kardynał Stefan Wyszyński.

ksiadz-10870381Wiemy także, że kapłan może być dla nas ojcem duchowym. Nie sięgając po żadne słowniki czy wyjaśnienia możemy zapytać: co szczególnego ma w sobie takie duchowy ojciec? Dla mnie duchowy ojciec to kapłan, który nie przysłania sobą Jezusa, wskazuje na Boga. Jest. Ma czas na rozmowę, wyciąga z tarapatów. To ktoś, do kogo możemy zawsze zapukać i powiedzieć „Ojcze, ratuj!”. To taki opiekun życia w wierze, towarzysz, jak często mówię – ojciec duchowy to przyjaciel duszy.

Od pewnego czasu doświadczam duchowego ojcostwa. Mój Ojciec duchowy jest dla mnie właśnie takim wyjątkowym kapłanem. Bardzo wiele mu zawdzięczam. Przede wszystkim poprzez swoje duchowe ojcostwo uczy mnie tego, że Bóg jest moim Ojcem. Zmienia mój zafałszowany obraz Boga, uczy, że jest inny świat. Czyż nie o to chodzi w życiu? By na pierwszym i najważniejszym miejscu był Bóg? By Go poznawać i coraz bardziej się w Nim zakochiwać? By prostować swoje drogi do Niego? Czyż nie o to chodzi by osiągnąć świętość?

Ks. Marek Dziewiecki pisze: Kapłaństwo jest jedną z tych form ludzkiego życia i aktywności, która okazuje się potrzebna w każdej epoce i cywilizacji. Odpowiedzialny kapłan to świadek Boga, który jest miłością, który kocha każdego człowieka i który pozwala się nazywać ojcem, a nawet tatusiem (abba). Chrystus posyła swoich uczniów po to, by podejmowali funkcję duchowych ojców wobec spotykanych ludzi. Stawia im trudne wymagania. Mają kochać bardziej niż inni ludzie, aby umacniać ich w wierze, nadziei i miłości.

Od kiedy przekonałam się, że kapłan może być prawdziwym duchowym Ojcem, Tatą, Przyjacielem duszy i w pewien sposób drogowskazem prowadzącym do Boga inaczej patrzę na kapłanów.

Święty Jan Maria Vianney pisze: Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan. Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam ciało i krew Pańską? Nie. Najświętszjezusa Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczenia wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«. Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. (…) Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. . (…) Kiedy ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. (…) Kapłaństwo jest umiłowaniem Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie.

Nie jestem kapłanem, jednak myślę, że ojcostwo duchowe to niezwykle trudna a jednocześnie piękna rzecz. Biologicznych ojców nie możemy sobie wybrać, jednak świadomie wybieramy duchowych przewodników, spowiedników obdarzając ich zaufaniem, a jednocześnie prosząc o pomoc, radę i opiekę.

Nie bójmy się, mimo tak wielu negatywnych opinii, prosić kapłanów o pomoc, przez Nich działa sam Pan Bóg. Módlmy się także o to, by znaleźć kapłana który będzie dla nas duchowym ojcem, który poświęci nam czas, odda trochę swojego życia, by pokazać nam Jezusa. A dla wszystkich kapłanów, którzy podejmują się trudu duchowego ojcostwa, prośmy o łaskę wiary, służby i odwagi.

Mistrz drugiego planu

Posted: 3 Marzec 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tags:


plakat-2

Rozpoczęliśmy Wielki Post – okres, w którym słowa „Post, jałmużna i modlitwa” będą odmieniane przez wszystkie przypadki. Nie sposób ich unikać – przecież każdy z tych aspektów jest wyjątkowy i pomaga nam w pełni wykorzystać ten czas Wielkiego Postu.

Post to podjęcie pewnego dobrowolnego wyrzeczenia jako możliwość rozwoju duchowego. Celem jest praca nad uporządkowaniem swoich przyzwyczajeń i wad, a przede wszystkim zauważeniem tego, co towarzyszy nam w życiu codziennym, ale zupełnie nam nie służy. Post może przyjmować formę rezygnacji z pokarmów mięsnych albo innych produktów spożywczych (np. słodyczy). Postem będzie także podjęcie abstynencji albo powstrzymanie się od rozrywek czy przyjemności, z którymi na co dzień człowiek jest w jakiś sposób „związany” – na przykład oglądanie telewizji czy gry.

Jednak post może przyjąć także inny wymiar – nie tylko związany z pracą nad swoim życiem duchowym. św. Ignacy Loyola pisał, że pościć można „dla szukania i znalezienia jakiejś łaski lub daru, który człowiek chce i pragnie otrzymać od Boga”.

Jałmużna będzie darem dla drugiego człowieka. Daję to, co sam posiadam – bez względu na to, ile tych dóbr posiadam. To podzielenie się swoją własnością – bezinteresownie i z czystą intencją. To służba bliźniemu, konkretny gest, dzięki któremu zostaną zaspokojone czyjeś podstawowe potrzeby (z którymi być może nie potrafiłby sobie poradzić bez naszej pomocy). Na stronie jakatolik.com przeczytałam piękne zdanie na temat jałmużny w perspektywie wieczności: „dając to, czego nie możemy zatrzymać dla siebie, zyskujemy sobie skarb, którego nigdy nie stracimy”.

Modlitwa – to na pewno najbardziej oczywisty element. To rozmowa z Bogiem – dzielenie się radościami, ale także powierzanie Mu smutków. To oddawanie Panu swoich potrzeb, doświadczeń i trudności, ale także ufne zawierzanie Mu, że wszystkie one mają jakiś sens, dokądś nas prowadzą. Jednak modlitwa to nie tylko „mówienie”. Ojciec Tomasz Kwiecień OP pisze w swoim tekście, że: „prawdziwa modlitwa jest przede wszystkim uczeniem się otwartości wobec Boga (…). Modlitwa to zarazem słuchanie, mówienie, doświadczanie, poznawanie. To dużo więcej niż zbiór słów, które wypowiadamy do Boga.”

W kontekście postu, jałmużny i modlitwy wszyscy doskonale znamy słowa Jezusa:
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
(Mt 6,2-6.16-18)

Jednak w praktyce – często może pojawić się pokusa, aby ludzie widzieli nasze czyny: nie tylko post, jałmużnę i modlitwę, ale też inne. Potrzeba dużo pokory, aby tej pokusie sprostać.

Na kartach Pisma świętego możemy znaleźć wiele postaci, które także we współczesnym świecie mogłyby być przykładami pokory. Jest jedna postać, która moim zdaniem jest pod tym względem wyjątkowa – dlatego chciałabym ją tu przywołać.

Święty Józef. W Biblii czytamy o nim dużo w kontekście zwiastowania Maryi, kiedy dowiaduje się, że urodzi Jezusa – Człowieka i Syna Bożego. Wtedy poznajemy Józefa jako uczciwego, odważnego, mężnego człowieka, który ufa w Boży plan pomimo ludzkich wątpliwości. Później z oddaniem służy rodzinie, pracuje… aż w końcu jego historia w Biblii zupełnie się „zaciera” – kończą się wszystkie informacje na jego temat. Brewiarzowa notatka na jego temat podaje, że Ewangelie poświęcają Józefowi 26 wersetów, a jego imię pojawia się tam 14 razy.

Określeniem, które przychodzi mi na myśl w tym kontekście, to „mistrz drugiego planu”.
Tak ważna postać, a jednak tak „niewidoczna”.
Głowa rodziny – odpowiedzialna rola, nieustanna służba najbliższym, troska o ich sytuację materialną, praca, sumienne wykonywanie swoich codziennych obowiązków. Przyjęcie woli Bożej w sytuacji zwiastowania – to idealny przykład jego ufności i poświęcenia Bogu.

Święty Józef to przykład niesamowicie pokornej postaci – postaci, która choć jest ważna, to jednak służy bliźnim i Bogu bez poklasku.

Chciałabym zaprosić Was właśnie do takiej postawy. Zarówno na czas tego rozpoczynającego się Wielkiego Postu, ale także po jego zakończeniu. Chciałabym zaprosić Was do pójścia za wezwaniem Jezusowym – aby wszystkie nasze czyny (post, modlitwa, jałmużna, wszelka służba bliźniemu) była poświęcona Bogu, a nie jako pokaz dla ludzi.

A kiedy przyjdzie pokusa tego, by komukolwiek cokolwiek udowodnić lub pokazać – spójrzmy na postać św. Józefa i jego ciszę, niewidoczną służbę.