Posts Tagged ‘przemyślenia’

Król?

Posted: 23 listopada 2017 by Magdalena Maraj in przemyślenia, święta
Tagi: ,

Zamknij oczy i wyobraź sobie Jezusa. W koronie z cierni na głowie, prawie nagiego, pokrytego ranami… ogołoconego Boga stającego przed tłumem, który właśnie skazuje Go na śmierć. Czy tak wygląda Król?

Uczniowie wyobrażali Go sobie zupełnie inaczej. Myśleli, że zasiądzie na tronie, będzie rządził, przyniesie coś nowego w wymiarze ziemskim. A oni będą rządzić razem z Nim, jako ci Mu najbliżsi. Jezus jednak daleki jest od purpury, korony ze złota i berła, od ludzkich godności i odznaczeń. On przynosi inne Królestwo.

Czy Jezus jest więc Królem? Jest ogołocony z wszystkiego, co po ludzku dla nas jest istotne. A może w ten sposób chce powiedzieć nam, że zatrzymywanie się jednie na tym co ziemskie nie przyniesie nam tego co najważniejsze – zbawienia? On pokazuje zupełnie inny wymiar królowania. A za Jego przykładem idą święci i błogosławieni. Oni otrzymali swoją koronę, nie tu na ziemi. W większości, w sposób fizyczny, nie nosili korony, purpury, nie mieli pałaców czy fortec. Popatrzmy chociaż na św. Matkę Teresę z Kalkuty czy św. Andrzeja Bobolę – choć mają oni zupełnie inne drogi życia, to łączy ich świętość i uczestnictwo, już pełne, w królowaniu Jezusa.

Matka Teresa z Kalkuty pomagała tym, których wszyscy odrzucili. Wszyscy znamy jej heroiczne czyny. Św. Andrzej, który jest jednym z patronów Polski, ozdobiony jest koroną męczeństwa. Mimo licznych tortur, o których nieraz trudno nam czytać, nie wyrzekł się Boga. Na wzór Chrystusa stali się ubodzy, by innych swoim ubóstwem ubogacić.

Komu więc Króluje Jezus? Dla kogo jest Królem? Powinien być Królem dla każdego wierzącego. Jednak nie despotą czy tyranem. My nie mamy się bać królowania Jezusa, mamy Go wyczekiwać, a nawet za nim tęsknić, mamy tęsknić i dążyć do Nieba. Chrystus jest Królem wszechświata, ale też każdego ludzkiego serca. I w tym sercu już tu na ziemi ma być początek Królestwa Bożego, bo ma być ono mieszkaniem Króla.

26 listopada, w ostatnią niedziele Okresu Zwykłego, obchodzimy w Kościele Niedzielę Chrystusa Króla Wszechświata. Ta Uroczystość zamyka również rok liturgiczny. Święto to do liturgii wprowadził Papież Pius XI encykliką Quas Primas z 11 grudnia 1925 r. na zakończenie roku jubileuszowego.

Od dawna już powszechnie nazywano Chrystusa Królem w przenośnym tego słowa znaczeniu, a to z powodu najwyższego stopnia dostojeństwa, przez które wyprzedza wszystkie stworzenia i przewyższa je. Mówimy więc, iż Chrystus króluje w umysłach ludzkich, nie tyle dla głębi umysłu i rozległości Swej wiedzy, ile że on sam jest prawdą, a ludzie od Niego powinni prawdę czerpać i posłusznie ją przyjmować; mówimy też, iż Chrystus króluje w woli ludzkiej, ponieważ w Nim nie tylko nieskazitelna wola ludzka stosuje się zupełnie i z całym posłuszeństwem do najświętszej woli boskiej, lecz także dlatego, że Chrystus tak wpływa natchnieniami swymi na naszą wolną wolę, iż zapalamy się do najszlachetniejszych rzeczy. Wreszcie uznajemy Chrystusa jako Króla serc dla Jego „przewyższającej naukę miłości” i dla łagodności i łaskawości, którą przyciąga dusze. Żaden bowiem człowiek nigdy nie był i nie będzie do tego stopnia ukochanym przez wszystkie narody, jak Jezus Chrystus.
Lecz jeżeli głębiej wnikniemy w rzecz, widzimy, iż we właściwym tego słowa znaczeniu imię i władzę króla należy przyznać Chrystusowi jako Człowiekowi, albowiem tylko o Chrystusie jako Człowieku można powiedzieć, iż otrzymał od Ojca „władzę i cześć, i królestwo”; Chrystus bowiem, jako Słowo Boga, będąc współistotnym Ojcu, wszystko ma wspólne z Ojcem, a więc także najwyższe i nieograniczone władztwo nad wszystkim stworzeniem – Pius XI

Nie bójmy się zobaczyć Króla – Jezusa ogołoconego ze wszystkiego, wtedy bowiem najbardziej przemawia Jego miłość do człowieka i coś więcej, wtedy bowiem otwiera nam bramy nieba, otwiera dla nas Swoje Królestwo – jesteśmy zbawieni.

Reklamy

Wytrwaj w walce!

Posted: 31 października 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Amalekici przybyli, aby walczyć z Izraelitami w Refidim. Mojżesz powiedział wtedy do Jozuego: Wybierz sobie mężów i wyruszysz z nimi na walkę z Amalekitami. Ja jutro stanę na szczycie góry z laską Boga w ręku. Jozue spełnił polecenie Mojżesza i wyruszył do walki z Amalekitami. Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. Tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza. (Wj 17,8-13)

 

Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów powstało ponad 7 lat temu i przez ten czas nieprzerwanie funkcjonuje, zachęcając tym samym do podjęcia modlitwy za kapłanów. Tak często przypominamy Wam, uczestnikom akcji, ale też sobie samym, że kapłani potrzebują naszej modlitwy, bo Kościół potrzebuje świętych kapłanów. Piszemy o tym, że jeden święty kapłan może nawrócić miliony – choćby nawet wydawał się bardzo niepozorny i „mały” w oczach świata. W wielu miejscach wspominamy o tym, że nie liczy się nasze ludzkie patrzenie na kapłana – bo tylko Bóg zna powody, dla których TEN KONKRETNY człowiek został powołany do posługi.

Można stwierdzić, że zarówno na naszej stronie w publikowanych tekstach, ale też na naszym fanpage’u na Facebooku pojawia się całe mnóstwo pięknych haseł, które przekonują, że modlitwa za kapłanów ma sens i jest niezwykle istotna, bo wyraża naszą odpowiedzialność za Kościół – za tę wspólnotę, która RAZEM  podąża ku Bogu.

Od początku funkcjonowania akcji nigdy nie zabrakło nowych adopcji. Każdego dnia przychodzi co najmniej kilka zgłoszeń adopcji… i nie było takiego dnia, żeby modlitwą nie został objęty choć jeden kapłan. Czy to nie piękne, że tak wielu ludzi podziela tę ideę?

Adopcja, codzienna modlitwa i przyłączenie się do Dzieła Duchowej Adopcji Kapłanów może przynieść radość. Dzięki podejmowanym zobowiązaniom mamy poczucie, że nasza modlitwa może w realny sposób wpłynąć na czyjeś życie – pomóc w różnych potrzebach, wesprzeć, dać oparcie, przyczynić się do rozwoju wiary…

Radość daje entuzjazm i wytrwałość – poczucie, że można zrobić dla kogoś coś ważnego podbudowuje i motywuje do dalszego działania, dalszej modlitwy.

W podjętym zobowiązaniu może też pojawić się znużenie czy zniechęcenie – wynikające z wielu czynników: na przykład natłoku obowiązków czy ogólnego przemęczenia. Co więcej – te dwa etapy naszego modlitewnego zobowiązania mogą przeplatać się ze sobą. Są dni, kiedy czujemy się silni i adopcja daje nam radość. Jednak są i takie, w których mamy wrażenie, że to zobowiązanie ponad nasze siły.

Bez względu na to, jaki etap w danym momencie przechodzimy – może pojawić się pytanie: jak te wszystkie piękne i wzniosłe hasła realizują się w naszym życiu, w życiu kapłana? Po co właściwie jest nasza adopcja? Czy ona naprawę pomaga kapłanowi? Co ona daje? Czy można zauważyć jakieś owoce?

Piękno adopcji i modlitwy za kapłanów to nie mit, to nie bajka. Podejmując takie wyzwanie rozpoczynamy walkę o bohaterów dla Kościoła. A nie tylko Kościół potrzebuje bohaterów – cały współczesny świat ich potrzebuje!

Bohaterów – czyli ludzi, którzy przyniosą światu wiarę, nadzieję i miłość.

Bohaterów – czyli tych osób oddanych, które będą potrafiły służyć innym.

Bohaterów – czyli ludzi odważnych, którzy umieją przezwyciężyć zło i zasiać dobro.

Bohaterów – czyli przewodników: ludzi, którzy swoim przykładem życia, będą wskazywali innym dobrą drogę.

Bohaterów – czyli nauczycieli: ludzi, którzy swoją mądrością pozwolą odnaleźć właściwy kierunek, podzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem.

Bohaterów – czyli silnych ludzi, którzy czasem będą szli pod prąd, ale w pełnej zgodzie ze swoimi poglądami.

Bohaterów – czyli ludzi świętych, którzy dodadzą innym otuchy do tego, by postępować dobrze, zgodnie z pewnymi wartościami.

Bohaterów – czyli osób radosnych, które pomimo trudności nie będą się zniechęcać.

Przykładów takiego codziennego bohaterstwa na pewno można by było podać jeszcze wiele – każdy z nas mógłby jeszcze podać tu całe mnóstwo innych zachowań, które świadczyłyby o takiej postawie.

Sens naszej adopcji zostaje pięknie ujęty w biblijnym fragmencie z Księgi Wyjścia przytoczonym na początku tego tekstu.
Każdy ksiądz ma szansę zostać bohaterem w Kościele – tym, który naucza, prowadzi, doradza; tym, który jest silny, radosny, święty i oddany posłudze.

Podejmując adopcję „wcielamy się” w postaci Aaraona i Chura z tekstu biblijnego. Dzięki naszej modlitwie możemy podtrzymywać kapłańskie dłonie – tak, aby nigdy nie ustały w posłudze.  Dzięki naszej modlitwie mamy szansę wyprosić kapłanów, którzy będą bohaterami dla Kościoła! Dzięki ich świętości, sile i nauce, także i my możemy iść w świat, aby powielać dobry przykład, głosząc Radosną Nowinę.

Nie ustawajmy w walce o kapłańską świętość! Kościół potrzebuje świętych kapłanów, a współczesny świat potrzebuje bohaterów! 🙂

Ludzka sprawiedliwość

Posted: 23 października 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Miłość bez granic

 

Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę?

(por. Mt 20,9-15)

 

Tworzymy Kościół – wspólnotę ludzi wierzących. Wszyscy możemy być porównani do pracowników, których gospodarz wynajmuje do pracy w swojej winnicy. Z każdym z nas Bóg „umówił się” o denara – nagrodą obiecaną nam przez Boga jest życie wieczne i niesamowita radość z przebywania blisko Niego.

Jednak każdy człowiek jest inny – ma swoje przyzwyczajenia, cechy charakteru, zachowania. Każdy człowiek to oddzielna historia – historia pełna różnorodnych decyzji, doświadczeń, sukcesów, wzlotów, ale także i błędów. Nie ma ludzi idealnych i nieskazitelnych – takich, których życie byłoby wypełnione jedynie sukcesami i wzlotami.

Droga wiary każdego człowieka jest inna i ściśle zależy przede wszystkim od wcześniejszych doświadczeń i wyborów.

Nie brakuje ludzi, którzy od najmłodszych lat podążają drogą wiary i trwają na niej w sposób niezachwiany. Ufają, z radością słuchają Słowa Bożego, wprowadzają je w swoje życie, wypełniają przykazania i już tu na ziemi głęboko wierzą w to, że Bóg jest obok nich, wspomagając swoimi łaskami…

Inni dopiero szukają Boga i nawracają się dopiero w wieku młodzieńczym lub średnim.

Z pewnością są i tacy, którzy swoją decyzję o „wyprostowaniu” relacji z Bogiem podjęli dopiero na ostatnią chwilę – podczas choroby lub nawet na łożu śmierci.

Powyższe przypadki sprawiają, że wszyscy stajemy się jeszcze bardziej podobni do pracowników w winnicy, których różni czas pracy. Jednak mimo tych różnic, wszyscy otrzymują taką samą wypłatę. Tak samo będzie też w przypadku różnych historii nawrócenia – w drodze ku życiu wiecznemu nie będzie liczył się „staż” wiary, ale sam fakt nawrócenia.

Z ludzkiej perspektywy (analogicznie do reakcji pracowników winnicy) takie podejście może wydawać się wyjątkowo niesprawiedliwe. Przecież nie jest to takie typowe podejście do sprawiedliwości… Współczesny świat pokazuje nam obraz sprawiedliwości, który tak dobrze znamy: zwycięzcą zawsze są pierwsi, wygrywają ci, którzy są silni… A ostatni? Z nimi zazwyczaj nikt już się nie liczy. W przypowieści Jezus pokazuje wręcz odwrotną logikę. Wszyscy zostają zrównani ze sobą: nie liczy się kolejność czy wynik, ponieważ wszyscy otrzymują taką samą zapłatę.

Przytoczony na początku fragment Ewangelii słyszeliśmy kiedyś w ramach liturgii słowa na niedzielnych Mszach świętych.
Teraz, po upływie pewnego czasu, warto nam wrócić do tego tekstu, abyśmy mogli zastanowić się, czy i my nie reagujemy w sposób podobny? Czy i my przypadkiem nie oburzamy się zbytnio widząc taką Bożą sprawiedliwość? Czy nie czujemy się w jakiś sposób „pokrzywdzeni”? Czy nie czujemy się czasem „jedynym” dzieckiem Boga i nie żyjemy w przekonaniu, że Bóg udzielając swojej łaski komuś innemu, zabiera coś nam?

Miłość Boża nie ma granic! Nie ma też granic w łaskach, jakimi Bóg chce obdarzyć każdego z nas!

Nie dajmy się zwieść tej ludzkiej sprawiedliwości! Tak, jak pasterz cieszy się z odnalezienia każdej zagubionej owcy – tak i my cieszmy się z każdego człowieka, który bez względu na wiek i „staż” w wierze naprawdę odnalazł Boga oraz Jego Miłość!

Żyć miłosierdziem

Posted: 27 września 2017 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Na przełomie 2015 i 2016 roku obchodziliśmy w Kościele Rok Miłosierdzia. Przez ten czas słowo “miłosierdzie” było odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki – podczas Mszy, nabożeństw, katechez, spotkań i tak dalej. W różny sposób uczestniczyliśmy w tym wyjątkowym Nadzwyczajnym Jubileuszu Miłosierdzia, słuchaliśmy wielu pięknych słów, aby jak najwięcej zapamiętać. Jednak nawet najpiękniejsze słowa pozostaną teorią, jeśli nie wprowadzimy ich w życie.

Czas mija bardzo szybko i dziś możemy powiedzieć, że od momentu zakończenia Roku Miłosierdzia minął prawie rok. Może to dobra okazja na pewnego rodzaju “przypomnienie” teorii – tak, aby w ten sposób zachęcić do przejścia od teorii do praktyki.

Miłosierdzie to pewna szczególna płaszczyzna „spotkania” miłości ze niedostatkiem, nędzą i złem. Spotkanie to może realizować się w relacji Boga do człowieka – przecież miłosierdzie to właśnie największy przymiot Boga. Nieskończona dobroć i miłość Boga nieustannie wychodzi ku niedoskonałości człowieka. To właśnie Boże miłosierdzie jest tym idealnym przykładem, z którego powinniśmy czerpać. Hasło Roku Miłosierdzia brzmiało: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36).

Tak więc Boże miłosierdzie ma być zaproszeniem dla każdego z nas, aby każdy z nas żył miłosierdziem. Przy czym – tutaj może pojawić się pytanie: jak to zrobić?

W punkcie 2447 Katechizm Kościoła Katolickiego tłumaczy nam, że “uczynkami miłosierdzia są dzieła miłości, przez które przychodzimy z pomocą naszemu bliźniemu w potrzebach jego ciała i duszy. Pouczać, radzić, pocieszać, umacniać, jak również przebaczać i krzywdy cierpliwie znosić – to uczynki miłosierdzia co do duszy. Uczynki miłosierdzia co do ciała polegają zwłaszcza na tym, by głodnych nakarmić, bezdomnym dać dach nad głową, nagich przyodziać, chorych i więźniów nawiedzać, umarłych grzebać.”

Uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała najprawdopodobniej wszyscy uczyliśmy się w szkole na lekcjach religii. Jednak w gruncie rzeczy – wszystkie te uczynki można zamknąć w jednym słowie: “służba”.

Wykonywanie uczynków miłosierdzia nie musi być zaplanowane w jakiś szczególny sposób – nie o to w tym przecież chodzi. To właśnie służba – “pomoc bliźniemu w potrzebach duszy i ciała”.

A służba? Jak służyć, żeby być miłosiernym?

Służba ma różne formy – być może można zaryzykować stwierdzeniem, że ile ludzi, tyle pomysłów na zachowania, gesty i słowa, które mogłyby być codzienną służbą poprzez drobiazgi.

Służba to czasem po prostu obecność – obecność przy kimś, kto w danym momencie nas potrzebuje.

Służba to rozmowa – z kimś, kto nie może liczyć na nikogo innego niż na nas.

Służba to wsparcie – poprzez drobny gest, uśmiech, dobre słowo, życzliwość.

Służba to poświęcony komuś czas.

Służba to czasem pomoc materialna – podjęcie jakiegoś wyrzeczenia i oddanie komuś tego, co poprawi jego sytuację lub sprawi ogromną radość.

Służba to dawanie radości i otuchy – szczególnie tym, którzy już ją stracili.

Służba to dzielenie się tym, co mamy – aby inni nie czuli się źle, tylko i wyłącznie dlatego, że nie mają nic.

Służba to modlitwa – powierzanie naszych bliźnich i ich potrzeb Temu, który jest naszym najlepszym Ojcem; Temu, który nieustannie się o nas troszczy.

Służba to…

Czasem wystarczy rozejrzeć się dookoła, aby zobaczyć, jak wiele mam wokół siebie możliwości, aby służyć. Dlatego też ostatnie zdanie o służbie kończy się wielokropkiem – bo to zaproszenie do tego, abyśmy wszyscy, Ty i ja, zastanowili się, jak jeszcze możemy służyć naszym bliźnim. Wśród nas tak wielu jest ludzi, którzy nie potrzebują wielkich akcji czy festynów. Potrzebują drobnych gestów ludzkiej życzliwości – ludzkiej służby i miłosierdzia.

Na koniec warto przytoczyć słowa z Dzienniczka świętej siostry Faustyny Kowalskiej – słowa, które mogą stać się dla nas modlitwą o to, aby całe nasze życie było przepełnione miłosierdziem:

Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.

Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pocie­chy i przebaczenia.

Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem, że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój.

Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

(Dzienniczek 163)

Nie ustawajmy w czujności – rozglądajmy się, aby zawsze dostrzegać tych, którzy potrzebują naszego miłosierdzia, naszej służby, naszych drobnych gestów dobroci i życzliwości.

Rozglądajmy się, aby nikogo nie przegapić i nie pominąć – abyśmy zawsze potrafili być wrażliwi na potrzeby drugiego człowieka.

I nie ustawajmy w modlitwie o zdolność do bycia miłosiernym wobec naszych bliźnich – niech Ten, który jest Wzorem Miłosierdzia, zawsze umacnia nas w życiu miłosierdziem.

Prosząc o cud

Posted: 20 września 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Żyjemy wśród ludzi – spotykamy ich na każdym kroku: w szkole, na uczelni, w pracy, w środkach komunikacji miejskiej, w sklepach. Czasem podejmujemy rozmowę, poznajemy ich historię. Każda z tych historii jest inna i w każdej z nich przeplatają się chwile radosne i smutne. Ludzie doświadczają sukcesów, powodzenia, radości, ale czasem także porażki, cierpienia, smutków.

W każdej historii ludzkiego życia pojawiają się takie momenty, kiedy ze swojej ludzkiej perspektywy nie widzi już możliwości dalszego działania i wyjścia z sytuacji. Niektóre problemy dotyczą nas bezpośrednio, powodują u nas rezygnację, poddanie się, może nawet rozpacz. Czasami różne trudne doświadczenia mogą dotyczyć naszych bliskich. Wtedy również może pojawić się bezradność – zdarza się przecież, że tak bardzo chcielibyśmy pomóc w rozwiązaniu jej / jego problemów, ulżyć komuś w cierpieniu, wesprzeć… Jednak wszystkie nasze działania mogą pozostać bezskuteczne, a efektów – jak nie było, tak nie ma. Ludzkie sposoby i ludzka perspektywa zawodzi.

Jeśli więc „z ludzkiego punktu widzenia” nie można zrobić już nic, może pojawić się w człowieku ogromna nadzieja na cud – od Boga albo od losu. Najczęściej kojarzy się on człowiekowi z jakimiś „magicznymi okolicznościami”, które nagle odmienią całe nasze życie.

Kiedy żyjemy wiarą w Boga, nadzieję na cud pokładamy właśnie w Nim. Podejmujemy modlitwę, różne wyrzeczenia, składamy Panu Bogu najróżniejsze obietnice, które spełnimy, jeśli tylko przychyli się do naszej prośby.

Po ludzku czasem „wyobrażamy sobie”, co byłoby najlepsze w danej sytuacji. Choć czasem możemy czuć się bezradni i bezsilni wobec tego, co dzieje się w naszym życiu (lub w życiu naszych bliskich), mamy swoje ludzie nadzieje, swoje ludzkie pomysły na to, co byłoby dla nas dobre. A więc bardzo konkretnie stawiamy nasze prośby do Pana Boga, prosząc Go o konkretne cuda. Oznacza to, że nasze prośby o cud mogą być najróżniejsze i mogą przyjmować najróżniejszy kaliber: w zależności od tego, co dzieje się w naszym życiu. Kiedy zaczynamy prosić o cud i polecać Bogu nasze sprawy, może pojawić się jeszcze jeden problem.

Problem polega na tym, że ta „Boża interwencja”, której tak bardzo oczekujemy, może różnić się od naszego pomysłu. Prosimy Boga o pewną konkretną rzecz, modlimy się o jakieś konkretne rozwiązanie sprawy… Mimo to czasami dana sytuacja nie zmienia się przez dłuższy czas. Cudu nie ma, problem pozostaje, a człowiek ulega jeszcze większym wątpliwościom, jeszcze większej rozpaczy. Na zasadzie: „jeśli ja sam nie mogę nic zrobić, zwracam się do Boga – a jeśli teraz nawet Bóg milczy?”.

Na tym nie można się zatrzymać – nie można założyć, że Bóg milczy i nie chce czy nie potrafi rozwiązać naszych problemów. Ile ludzi, tyle reakcji – każdy z nas inaczej przyjąłby to „milczenie Boga”. Na czym polega problem naszego spojrzenia na cuda? Odpowiedzią mogą stać się tutaj słowa ks. Jana Kaczkowskiego:

O cuda można się modlić, ale cudu nie należy się spodziewać. One nie dzieją się na zawołanie ani nie można ich na Bogu wymusić.

Jaki jest więc z tego wniosek?

Bóg bardzo chce naszego szczęścia, On wie, co będzie dla nas najlepsze. Nasze szczęście jest głównym elementem Jego planu na nasze życie – choć może czasem trudno jest nam ten plan przyjąć, zwłaszcza, jeśli spotykają nas trudności, problemy, cierpienie czy ból. Jednak wszystkie doświadczenia (nawet te najtrudniejsze) dzieją się z jakiegoś konkretnego powodu – być może mają nas czegoś nauczyć, być może mają pokazać nam jakąś prawdę o nas samych. Być może wszystkie te doświadczenia mają wpłynąć w jakiś sposób na naszą relację z Bogiem i przyczynić się do rozwoju duchowego. Kto wie – może poprzez trudne doświadczenia, które nas spotykają, mamy szansę na zyskanie lub odnowienie kontaktu z najbliższymi ludźmi, odkrycie prawdziwych przyjaźni… Wydaje nam się, że patrząc w przyszłość, widzimy jedynie ciemność – nie zauważamy sensu naszych doświadczeń, nie potrafimy ich sobie wytłumaczyć. Podczas gdy w gruncie rzeczy: zrozumienie tych doświadczeń, zauważenie ich sensu i dostrzeżenie wspaniałego Bożego planu może być odpowiednio odczytane dopiero z perspektywy czasu.

Przyjmując to, że Bóg chce naszego szczęścia, nie możemy spodziewać się konkretnego cudu – konkretnego rozwiązania danej sytuacji. Nie możemy Mu niczego „narzucić” – to On wie, co robić.

Zaufajmy, dajmy się poprowadzić Jemu.

Powierzajmy Mu swoje sprawy, prośmy o cuda, ale się ich nie spodziewajmy tak, jak tego oczekujemy.

Pozwólmy się zaskoczyć Temu, który NAPRAWDĘ chce naszego szczęścia.

Nauczmy się cierpliwie czekać na to, co przed nami i pokornie przyjmować to, co bieżące.

I przede wszystkim – uwierzmy w to, że On jest, działa i nigdy nas nie zostawi, bez względu na różne okoliczności naszego życia. A jak pisał ks. Twardowski: „wierzyć – to znaczy nawet nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”.

Czy Ty w to wierzysz?

Posted: 21 sierpnia 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie.
Kiedy więc Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta więc rzekła do Jezusa: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga».
Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie».
Marta Mu odrzekła: «Wiem, że powstanie z martwych w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym».
Powiedział do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?»
Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat».
Jezus wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzie go położyliście?»
Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!» Jezus zapłakał. Żydzi więc mówili: «Oto jak go miłował!» Niektórzy zaś z nich powiedzieli: «Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?»
A Jezus, ponownie okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień.
Jezus powiedział: «Usuńcie kamień!»
Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie».
Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?»
Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie tłum to powiedziałem, aby uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś». To powiedziawszy, zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce przewiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić».
Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.

(J 11, 3-7. 17. 20-27. 33b-45)

 

Wiele może być spojrzeń na tę doskonale znaną biblijną scenę.
Każdy z nas może zwrócić uwagę na zupełnie inny aspekt tego tekstu, wynosząc dla siebie rozmaite wnioski.

Choć wiadomo, że głównym wątkiem w tej scenie jest wskrzeszenie Łazarza, to jednak piękna jest rozmowa Marty z Jezusem. Chrystus przychodzi do Judei w bardzo trudnym dla Marty momencie. Umarł jej brat – jedna z najbliższych osób w rodzinie. Przyszła śmierć – wszystko wydaje się stracone i można by było uznać, że nic nie da się zrobić. Choć śmierć jest naturalną koleją rzeczy, to jednak gdy dotyka ona kogoś z naszych bliskich, zawsze towarzyszy temu rozczarowanie, ból i cierpienie.

W tej smutnej chwili Marta spotyka Chrystusa – już na wstępie wita go pięknym wyznaniem wiary: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci to wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga”. Następnie pojawia się dialog o zmartwychwstaniu – Jezus zapewnia, że Łazarz powstanie z martwych, a Marta potwierdza swoją wiarę, że nastąpi to w czasach ostatecznych. „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie.”

W innym ewangelicznym opisie tej sceny po tym stwierdzeniu Jezusa pada bardzo ważne pytanie: „Czy Ty w to wierzysz?”. Marta w zasadzie bez wahania odpowiada, że tak i wyznaje wiarę w to, że Chrystus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Wówczas Jezus nakazuje, by odsunąć kamień, modli się i wzywa Łazarza do wyjścia z grobu.

Można zaryzykować stwierdzeniem, że i dziś ta historia się powtarza.
Dominikanin, o. Krzysztof Popławski OP, pisał:

“Śmierć jest powszechnie obecna w codzienności, informacji, prasie, filmie, grach komputerowych. Ale jako możliwe, nasze doświadczenie – jest tabu.”.

Nie tylko śmierć jest takim problemem, który pozostaje powszechny, ale wciąż nie do końca “oswojony”. Każdemu człowiekowi przytrafiają się w życiu różne chwile, w których sytuacja może się wydawać całkowicie beznadziejna. I choć nie dotyka nas może śmierć bliskich, a inne problemy – schemat pozostaje taki sam. Ulegamy wrażeniu, że sytuacja jest trudna, że nie ma już dobrego rozwiązania, że nic nie da się zrobić. Być może pojawia się u nas podobne zachowanie jak w przypadku Marty. Spotykamy się z Bogiem i mówimy Mu: „Panie, gdybyś był ze mną w tym konkretnym doświadczeniu, nic by się nie stało”.

Jednak we wszystkich takich momentach nie wolno nam zapomnieć o wszechmocy Boga. On jest Tym, który może wszystko: dla Niego nie ma nic możliwego. Bóg to Ten, który (jak czytamy w Księdze Izajasza) „otwiera groby”. Groby przyzwyczajeń, trudności, grzechu, problemów, lęków… A więc Bóg to Ten, który uwalnia nas od tego, co złe, aby obdarować nas szczęściem i tym, co dobre.

Czego więc potrzeba, aby tak się stało?

Odpowiedź na to pytanie może wydawać się oczywista i prosta. Potrzebna jest wiara. Jednak nie taka „teoretyczna”, a „praktyczna” – szczera, z głębi serca, pełna przekonania.

Czy Ty w to wierzysz?
To pytanie skierowane w fragmencie Ewangelii jest kierowane współcześnie także do każdego i każdej z nas. Dla Boga nie ma ABSOLUTNIE niczego, co byłoby niemożliwe. Z drugiej strony: to właśnie ten moment, kiedy słyszymy także to pytanie: czy wierzymy, że rzeczywiście On może wszystko.

Wszystkie te biblijne fragmenty zachęcają nas do tego, aby zadać sobie właśnie to pytanie, które usłyszała Marta: czy Ty w to wierzysz?

No właśnie. Wierzysz?