Posts Tagged ‘przemyślenia’

Żyć miłosierdziem

Posted: 27 września 2017 by Sandra Kwiecień in przemyślenia
Tagi:

Na przełomie 2015 i 2016 roku obchodziliśmy w Kościele Rok Miłosierdzia. Przez ten czas słowo “miłosierdzie” było odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki – podczas Mszy, nabożeństw, katechez, spotkań i tak dalej. W różny sposób uczestniczyliśmy w tym wyjątkowym Nadzwyczajnym Jubileuszu Miłosierdzia, słuchaliśmy wielu pięknych słów, aby jak najwięcej zapamiętać. Jednak nawet najpiękniejsze słowa pozostaną teorią, jeśli nie wprowadzimy ich w życie.

Czas mija bardzo szybko i dziś możemy powiedzieć, że od momentu zakończenia Roku Miłosierdzia minął prawie rok. Może to dobra okazja na pewnego rodzaju “przypomnienie” teorii – tak, aby w ten sposób zachęcić do przejścia od teorii do praktyki.

Miłosierdzie to pewna szczególna płaszczyzna „spotkania” miłości ze niedostatkiem, nędzą i złem. Spotkanie to może realizować się w relacji Boga do człowieka – przecież miłosierdzie to właśnie największy przymiot Boga. Nieskończona dobroć i miłość Boga nieustannie wychodzi ku niedoskonałości człowieka. To właśnie Boże miłosierdzie jest tym idealnym przykładem, z którego powinniśmy czerpać. Hasło Roku Miłosierdzia brzmiało: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36).

Tak więc Boże miłosierdzie ma być zaproszeniem dla każdego z nas, aby każdy z nas żył miłosierdziem. Przy czym – tutaj może pojawić się pytanie: jak to zrobić?

W punkcie 2447 Katechizm Kościoła Katolickiego tłumaczy nam, że “uczynkami miłosierdzia są dzieła miłości, przez które przychodzimy z pomocą naszemu bliźniemu w potrzebach jego ciała i duszy. Pouczać, radzić, pocieszać, umacniać, jak również przebaczać i krzywdy cierpliwie znosić – to uczynki miłosierdzia co do duszy. Uczynki miłosierdzia co do ciała polegają zwłaszcza na tym, by głodnych nakarmić, bezdomnym dać dach nad głową, nagich przyodziać, chorych i więźniów nawiedzać, umarłych grzebać.”

Uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała najprawdopodobniej wszyscy uczyliśmy się w szkole na lekcjach religii. Jednak w gruncie rzeczy – wszystkie te uczynki można zamknąć w jednym słowie: “służba”.

Wykonywanie uczynków miłosierdzia nie musi być zaplanowane w jakiś szczególny sposób – nie o to w tym przecież chodzi. To właśnie służba – “pomoc bliźniemu w potrzebach duszy i ciała”.

A służba? Jak służyć, żeby być miłosiernym?

Służba ma różne formy – być może można zaryzykować stwierdzeniem, że ile ludzi, tyle pomysłów na zachowania, gesty i słowa, które mogłyby być codzienną służbą poprzez drobiazgi.

Służba to czasem po prostu obecność – obecność przy kimś, kto w danym momencie nas potrzebuje.

Służba to rozmowa – z kimś, kto nie może liczyć na nikogo innego niż na nas.

Służba to wsparcie – poprzez drobny gest, uśmiech, dobre słowo, życzliwość.

Służba to poświęcony komuś czas.

Służba to czasem pomoc materialna – podjęcie jakiegoś wyrzeczenia i oddanie komuś tego, co poprawi jego sytuację lub sprawi ogromną radość.

Służba to dawanie radości i otuchy – szczególnie tym, którzy już ją stracili.

Służba to dzielenie się tym, co mamy – aby inni nie czuli się źle, tylko i wyłącznie dlatego, że nie mają nic.

Służba to modlitwa – powierzanie naszych bliźnich i ich potrzeb Temu, który jest naszym najlepszym Ojcem; Temu, który nieustannie się o nas troszczy.

Służba to…

Czasem wystarczy rozejrzeć się dookoła, aby zobaczyć, jak wiele mam wokół siebie możliwości, aby służyć. Dlatego też ostatnie zdanie o służbie kończy się wielokropkiem – bo to zaproszenie do tego, abyśmy wszyscy, Ty i ja, zastanowili się, jak jeszcze możemy służyć naszym bliźnim. Wśród nas tak wielu jest ludzi, którzy nie potrzebują wielkich akcji czy festynów. Potrzebują drobnych gestów ludzkiej życzliwości – ludzkiej służby i miłosierdzia.

Na koniec warto przytoczyć słowa z Dzienniczka świętej siostry Faustyny Kowalskiej – słowa, które mogą stać się dla nas modlitwą o to, aby całe nasze życie było przepełnione miłosierdziem:

Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.

Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pocie­chy i przebaczenia.

Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem, że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój.

Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

(Dzienniczek 163)

Nie ustawajmy w czujności – rozglądajmy się, aby zawsze dostrzegać tych, którzy potrzebują naszego miłosierdzia, naszej służby, naszych drobnych gestów dobroci i życzliwości.

Rozglądajmy się, aby nikogo nie przegapić i nie pominąć – abyśmy zawsze potrafili być wrażliwi na potrzeby drugiego człowieka.

I nie ustawajmy w modlitwie o zdolność do bycia miłosiernym wobec naszych bliźnich – niech Ten, który jest Wzorem Miłosierdzia, zawsze umacnia nas w życiu miłosierdziem.

Reklamy

Prosząc o cud

Posted: 20 września 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Żyjemy wśród ludzi – spotykamy ich na każdym kroku: w szkole, na uczelni, w pracy, w środkach komunikacji miejskiej, w sklepach. Czasem podejmujemy rozmowę, poznajemy ich historię. Każda z tych historii jest inna i w każdej z nich przeplatają się chwile radosne i smutne. Ludzie doświadczają sukcesów, powodzenia, radości, ale czasem także porażki, cierpienia, smutków.

W każdej historii ludzkiego życia pojawiają się takie momenty, kiedy ze swojej ludzkiej perspektywy nie widzi już możliwości dalszego działania i wyjścia z sytuacji. Niektóre problemy dotyczą nas bezpośrednio, powodują u nas rezygnację, poddanie się, może nawet rozpacz. Czasami różne trudne doświadczenia mogą dotyczyć naszych bliskich. Wtedy również może pojawić się bezradność – zdarza się przecież, że tak bardzo chcielibyśmy pomóc w rozwiązaniu jej / jego problemów, ulżyć komuś w cierpieniu, wesprzeć… Jednak wszystkie nasze działania mogą pozostać bezskuteczne, a efektów – jak nie było, tak nie ma. Ludzkie sposoby i ludzka perspektywa zawodzi.

Jeśli więc „z ludzkiego punktu widzenia” nie można zrobić już nic, może pojawić się w człowieku ogromna nadzieja na cud – od Boga albo od losu. Najczęściej kojarzy się on człowiekowi z jakimiś „magicznymi okolicznościami”, które nagle odmienią całe nasze życie.

Kiedy żyjemy wiarą w Boga, nadzieję na cud pokładamy właśnie w Nim. Podejmujemy modlitwę, różne wyrzeczenia, składamy Panu Bogu najróżniejsze obietnice, które spełnimy, jeśli tylko przychyli się do naszej prośby.

Po ludzku czasem „wyobrażamy sobie”, co byłoby najlepsze w danej sytuacji. Choć czasem możemy czuć się bezradni i bezsilni wobec tego, co dzieje się w naszym życiu (lub w życiu naszych bliskich), mamy swoje ludzie nadzieje, swoje ludzkie pomysły na to, co byłoby dla nas dobre. A więc bardzo konkretnie stawiamy nasze prośby do Pana Boga, prosząc Go o konkretne cuda. Oznacza to, że nasze prośby o cud mogą być najróżniejsze i mogą przyjmować najróżniejszy kaliber: w zależności od tego, co dzieje się w naszym życiu. Kiedy zaczynamy prosić o cud i polecać Bogu nasze sprawy, może pojawić się jeszcze jeden problem.

Problem polega na tym, że ta „Boża interwencja”, której tak bardzo oczekujemy, może różnić się od naszego pomysłu. Prosimy Boga o pewną konkretną rzecz, modlimy się o jakieś konkretne rozwiązanie sprawy… Mimo to czasami dana sytuacja nie zmienia się przez dłuższy czas. Cudu nie ma, problem pozostaje, a człowiek ulega jeszcze większym wątpliwościom, jeszcze większej rozpaczy. Na zasadzie: „jeśli ja sam nie mogę nic zrobić, zwracam się do Boga – a jeśli teraz nawet Bóg milczy?”.

Na tym nie można się zatrzymać – nie można założyć, że Bóg milczy i nie chce czy nie potrafi rozwiązać naszych problemów. Ile ludzi, tyle reakcji – każdy z nas inaczej przyjąłby to „milczenie Boga”. Na czym polega problem naszego spojrzenia na cuda? Odpowiedzią mogą stać się tutaj słowa ks. Jana Kaczkowskiego:

O cuda można się modlić, ale cudu nie należy się spodziewać. One nie dzieją się na zawołanie ani nie można ich na Bogu wymusić.

Jaki jest więc z tego wniosek?

Bóg bardzo chce naszego szczęścia, On wie, co będzie dla nas najlepsze. Nasze szczęście jest głównym elementem Jego planu na nasze życie – choć może czasem trudno jest nam ten plan przyjąć, zwłaszcza, jeśli spotykają nas trudności, problemy, cierpienie czy ból. Jednak wszystkie doświadczenia (nawet te najtrudniejsze) dzieją się z jakiegoś konkretnego powodu – być może mają nas czegoś nauczyć, być może mają pokazać nam jakąś prawdę o nas samych. Być może wszystkie te doświadczenia mają wpłynąć w jakiś sposób na naszą relację z Bogiem i przyczynić się do rozwoju duchowego. Kto wie – może poprzez trudne doświadczenia, które nas spotykają, mamy szansę na zyskanie lub odnowienie kontaktu z najbliższymi ludźmi, odkrycie prawdziwych przyjaźni… Wydaje nam się, że patrząc w przyszłość, widzimy jedynie ciemność – nie zauważamy sensu naszych doświadczeń, nie potrafimy ich sobie wytłumaczyć. Podczas gdy w gruncie rzeczy: zrozumienie tych doświadczeń, zauważenie ich sensu i dostrzeżenie wspaniałego Bożego planu może być odpowiednio odczytane dopiero z perspektywy czasu.

Przyjmując to, że Bóg chce naszego szczęścia, nie możemy spodziewać się konkretnego cudu – konkretnego rozwiązania danej sytuacji. Nie możemy Mu niczego „narzucić” – to On wie, co robić.

Zaufajmy, dajmy się poprowadzić Jemu.

Powierzajmy Mu swoje sprawy, prośmy o cuda, ale się ich nie spodziewajmy tak, jak tego oczekujemy.

Pozwólmy się zaskoczyć Temu, który NAPRAWDĘ chce naszego szczęścia.

Nauczmy się cierpliwie czekać na to, co przed nami i pokornie przyjmować to, co bieżące.

I przede wszystkim – uwierzmy w to, że On jest, działa i nigdy nas nie zostawi, bez względu na różne okoliczności naszego życia. A jak pisał ks. Twardowski: „wierzyć – to znaczy nawet nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”.

Czy Ty w to wierzysz?

Posted: 21 sierpnia 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie.
Kiedy więc Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta więc rzekła do Jezusa: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga».
Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie».
Marta Mu odrzekła: «Wiem, że powstanie z martwych w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym».
Powiedział do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?»
Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat».
Jezus wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzie go położyliście?»
Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!» Jezus zapłakał. Żydzi więc mówili: «Oto jak go miłował!» Niektórzy zaś z nich powiedzieli: «Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?»
A Jezus, ponownie okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień.
Jezus powiedział: «Usuńcie kamień!»
Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie».
Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?»
Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie tłum to powiedziałem, aby uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś». To powiedziawszy, zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce przewiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić».
Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.

(J 11, 3-7. 17. 20-27. 33b-45)

 

Wiele może być spojrzeń na tę doskonale znaną biblijną scenę.
Każdy z nas może zwrócić uwagę na zupełnie inny aspekt tego tekstu, wynosząc dla siebie rozmaite wnioski.

Choć wiadomo, że głównym wątkiem w tej scenie jest wskrzeszenie Łazarza, to jednak piękna jest rozmowa Marty z Jezusem. Chrystus przychodzi do Judei w bardzo trudnym dla Marty momencie. Umarł jej brat – jedna z najbliższych osób w rodzinie. Przyszła śmierć – wszystko wydaje się stracone i można by było uznać, że nic nie da się zrobić. Choć śmierć jest naturalną koleją rzeczy, to jednak gdy dotyka ona kogoś z naszych bliskich, zawsze towarzyszy temu rozczarowanie, ból i cierpienie.

W tej smutnej chwili Marta spotyka Chrystusa – już na wstępie wita go pięknym wyznaniem wiary: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci to wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga”. Następnie pojawia się dialog o zmartwychwstaniu – Jezus zapewnia, że Łazarz powstanie z martwych, a Marta potwierdza swoją wiarę, że nastąpi to w czasach ostatecznych. „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie.”

W innym ewangelicznym opisie tej sceny po tym stwierdzeniu Jezusa pada bardzo ważne pytanie: „Czy Ty w to wierzysz?”. Marta w zasadzie bez wahania odpowiada, że tak i wyznaje wiarę w to, że Chrystus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Wówczas Jezus nakazuje, by odsunąć kamień, modli się i wzywa Łazarza do wyjścia z grobu.

Można zaryzykować stwierdzeniem, że i dziś ta historia się powtarza.
Dominikanin, o. Krzysztof Popławski OP, pisał:

“Śmierć jest powszechnie obecna w codzienności, informacji, prasie, filmie, grach komputerowych. Ale jako możliwe, nasze doświadczenie – jest tabu.”.

Nie tylko śmierć jest takim problemem, który pozostaje powszechny, ale wciąż nie do końca “oswojony”. Każdemu człowiekowi przytrafiają się w życiu różne chwile, w których sytuacja może się wydawać całkowicie beznadziejna. I choć nie dotyka nas może śmierć bliskich, a inne problemy – schemat pozostaje taki sam. Ulegamy wrażeniu, że sytuacja jest trudna, że nie ma już dobrego rozwiązania, że nic nie da się zrobić. Być może pojawia się u nas podobne zachowanie jak w przypadku Marty. Spotykamy się z Bogiem i mówimy Mu: „Panie, gdybyś był ze mną w tym konkretnym doświadczeniu, nic by się nie stało”.

Jednak we wszystkich takich momentach nie wolno nam zapomnieć o wszechmocy Boga. On jest Tym, który może wszystko: dla Niego nie ma nic możliwego. Bóg to Ten, który (jak czytamy w Księdze Izajasza) „otwiera groby”. Groby przyzwyczajeń, trudności, grzechu, problemów, lęków… A więc Bóg to Ten, który uwalnia nas od tego, co złe, aby obdarować nas szczęściem i tym, co dobre.

Czego więc potrzeba, aby tak się stało?

Odpowiedź na to pytanie może wydawać się oczywista i prosta. Potrzebna jest wiara. Jednak nie taka „teoretyczna”, a „praktyczna” – szczera, z głębi serca, pełna przekonania.

Czy Ty w to wierzysz?
To pytanie skierowane w fragmencie Ewangelii jest kierowane współcześnie także do każdego i każdej z nas. Dla Boga nie ma ABSOLUTNIE niczego, co byłoby niemożliwe. Z drugiej strony: to właśnie ten moment, kiedy słyszymy także to pytanie: czy wierzymy, że rzeczywiście On może wszystko.

Wszystkie te biblijne fragmenty zachęcają nas do tego, aby zadać sobie właśnie to pytanie, które usłyszała Marta: czy Ty w to wierzysz?

No właśnie. Wierzysz?

Bez względu na osoby

Posted: 1 sierpnia 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

Pan rzekł do Samuela: «Napełnij oliwą twój róg i idź: Posyłam cię do Jessego Betlejemity, gdyż między jego synami upatrzyłem sobie króla».
Kiedy przybył, spostrzegł Eliaba i powiedział: «Z pewnością przed Panem jest jego pomazaniec». Pan jednak rzekł do Samuela: «Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż odsunąłem go, nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce». I Jesse przedstawił Samuelowi siedmiu swoich synów, lecz Samuel oświadczył Jessemu: «Nie ich wybrał Pan».
Samuel więc zapytał Jessego: «Czy to już wszyscy młodzieńcy? » Odrzekł: «Pozostał jeszcze najmniejszy, lecz on pasie owce». Samuel powiedział do Jessego: «Poślij po niego i sprowadź tutaj, gdyż nie rozpoczniemy uczty, dopóki on nie przyjdzie».
Posłał więc i przyprowadzono go: był on rudy, miał piękne oczy i pociągający wygląd. Pan rzekł: «Wstań i namaść go, to ten». Wziął więc Samuel róg z oliwą i namaścił go pośrodku jego braci. Od tego dnia duch Pański opanował Dawida.

(1 Sm 16, 1b. 6-7. 10-13b)

Jest to jeden z wielu tekstów, który może wydawać się dobrze znany, a jednak nie można przestać go przypominać – tak, aby nie przestał do nas przemawiać i abyśmy nie zapomnieli prawdy, która się w nim kryje.

Prawda tego tekstu jest wyjątkowo prosta – choć dla nas (z ludzkiego punktu widzenia) być może wciąż tajemnicza i niezrozumiała. Bóg jest wszechmogący i powołuje ludzi, obdarzając ich zaproszeniem do pełnienia niezwykłej posługi wśród Ludu Bożego. Jednak to nie koniec. Bóg nie ma względu na osoby – „bo nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg”.

Bardzo łatwo nam dzisiaj krytykować księży. Ich posługa jest wyjątkowo specyficzna – w związku z tym każdy ksiądz (nie tylko jako „specjalista od spraw Boga”, ale także jako człowiek) jest postawiony na świeczniku. Ludzie otaczają kapłana z każdej strony, bo to przecież do nich właśnie został on posłany. Jednak właśnie ci ludzie mają wobec kapłana niemalże nieskończony szereg oczekiwań. Co więcej – można byłoby zaryzykować stwierdzeniem, że każdy człowiek i każdy wierny będzie oczekiwał od kapłana czegoś innego.

Bez względu na to, czy powie to osoba wierząca czy nie – od księdza będzie się oczekiwało tego, żeby był idealny. Tak idealny, że aż „nadludzki”. Bardzo łatwo ulec wrażeniu, że wraz z przyjęciem święceń kapłańskich znikają wszystkie błędy, pomyłki i słabości.

Wierzący prawdopodobnie będą oczekiwali gorliwości w wierze, bycia wspaniałym przykładem relacji z Bogiem. Idąc dalej – innymi oczekiwaniami może być głoszenie pięknych kazań: takich, które lepiej pozwolą zrozumieć Słowo Boże. Chcemy, aby księża byli wspaniałymi szafarzami sakramentów i aby wspaniale, z oddaniem sprawowali sakramenty.

Osoby niezwiązane z Kościołem też mogą mieć jakieś oczekiwania wobec kapłanów.
Na przykład takie, aby nie wskazywali błędów lub nie przypominali o tym, że grzech jest grzechem i nie powtarzali „średniowiecznych”, przestarzałych prawd o zasadach moralnych.

Wymagania, które stawiamy kapłanom, można by było mnożyć. Prawdopodobnie każdy z nas mógłby jeszcze przytoczyć całą listę swoich własnych oczekiwań – cech, które powinien mieć dobry ksiądz. A kiedy zdarzy się tak, że nasze oczekiwania zderzą się z rzeczywistością, a kapłan popełni błędy mamy otwarte pole do krytyki, oceny i narzekania.

Wśród wszystkich tych oczekiwań (które będą miały zarówno osoby uczestniczące w życiu Kościoła, jak i pozostające poza nim) tak łatwo jest zapomnieć, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Moment święceń w istocie bardzo dużo zmienia – jest momentem przełomowym w życiu człowieka, który je przyjmuje. Jednak ksiądz pozostaje człowiekiem – takim samym człowiekiem jak Ty czy ja.

Boża logika powołania działa właśnie tak, jak przedstawia to przytoczony na początku tekstu fragment biblijny.
On powołuje tych, których On sam wybiera – bo On nie kieruje się ludzkimi kryteriami w swoich ocenach.
On wie, jakie możliwości i ograniczenia ma każdy konkretny człowiek – i właśnie takiego Pan Bóg go potrzebuje: z tymi wszystkimi cechami czy zdolnościami, które ten człowiek posiada. Bóg nie patrzy na kolor włosów czy oczu, nie patrzy na błędy przeszłości…

Oznacza to, że bez względu na nasze ludzkie kryteria, oceny, narzekania i oczekiwania, ksiądz pozostaje człowiekiem. Człowiekiem ze wszystkimi swoimi ludzkimi przyzwyczajeniami, cechami i przede wszystkim: słabościami. Ksiądz pozostaje człowiekiem – zwyczajnym człowiekiem z nadzwyczajnym darem. A pozostając człowiekiem wciąż może przecież popełniać błędy, mieć gorszy dzień, być zmęczonym. Właśnie tak wygląda rzeczywistość Bożego powołania.

Bóg powołał Dawida, bo wiedział, jaka czeka go przyszłość. Tak samo powołuje kapłanów z jakichś powodów – wiadomych tylko Jemu. I choć z ludzkiej perspektywy mógł się wydawać skreślony – prawdopodobnie wielu kandydatów mogłoby się „lepiej nadawać” na bycie wybranym przez Boga i na Jego namaszczenie. Co więc zrobić, kiedy na pierwszy plan wychodzą kapłańskie ludzkie słabości, problemy, trudności albo ograniczenia. Jednak do znudzenia trzeba powtarzać tę prostą prawdę, że Bogu zależało na TYM KONKRETNYM człowieku i powołaniu go. Dlaczego? Dla nas, z ludzkiej perspektywy, pozostanie to tajemnicą.

Tajemnica tego niezwykłego powołania i nadzwyczajnego daru pośród ludzkiej słabości, tajemnica Bożych wyborów to pewnego rodzaju wyzwanie także dla nas, wiernych. Jest to wyzwanie polegające na wyrozumiałości – tak, aby nie oceniać zbyt szybko, nie krytykować, nie narzekać, ale starać się zrozumieć.

Jak więc sprostać temu wyzwaniu?
Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że jeśli oceniamy drugiego człowieka, to nie mamy czasu go kochać. I to właśnie parafraza tych słów może stać się dla nas receptą na sukces w tym wyzwaniu.

Jeśli oceniamy kapłanów i narzekamy na nich, nie mamy czasu, żeby postarać się ich zrozumieć. Możemy więc sprostać temu wyzwaniu poprzez wybranie zmiany – zamiast tego, co złe i nie-wspierające, wybieramy to, co dobre i co pomaga. A pomóc możemy poprzez wybranie modlitwy – aby w ten sposób powierzyć Bogu nasze ludzkie spojrzenie na tego człowieka, którego On powołał. Bóg zna serce każdego z nas. On troszczy się o nas – a więc i my troszczmy się o siebie nawzajem. Podejmijmy wyzwanie i zacznijmy modlić się za kapłanów – aby nigdy nie zabrakło nam świętych „specjalistów od spraw odnoszących się do Boga”.

Nie stój, chodź!

Posted: 28 Maj 2017 by Agnieszka Dankiewicz in przemyślenia
Tagi:

 

Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”.

(Dz 1,10-11)

Moment Wniebowstąpienia Pana Jezusa jest opisywany w Ewangelii według św. Mateusza oraz Ewangelii według św. Łukasza. Jednak każdy z tych dwóch ewangelicznych opisów jest dość szczątkowy i nie zawiera zbyt wielu szczegółów. Przytoczony opis, pochodzący z Dziejów Apostolskich, również wydaje się dość ogólny. Jednak jest w nim jedno piękne i bardzo ciekawe zdanie.

Jezus wielokrotnie zapowiadał wszystkie wydarzenia, które będą miały miejsce. Mówił apostołom o cierpieniu, męce, zmartwychwstaniu, powrocie do Ojca. Jednak apostołowie mieli dość konkretne oczekiwania względem Jezusa. Niemalże do końca spodziewali się, że Jezus przywróci królestwo Izraela w dosłownym sensie. Przeżyli już Jego mękę, zmartwychwstanie, w większym stopniu rozumieli już Pisma, a dwóch apostołów przeżyło szczególną „katechezę” w drodze do Emaus. Jednak być może nadal nie do końca rozumieli, jakie jeszcze działanie było przed nimi.

W momencie, gdy Jezus wstąpił do nieba i „przeszedł” do Ojca, pewien etap w ich życiu został zamknięty. Oto nie ma już z nimi Nauczyciela, który chodził i głosił, wyjaśniając im przypowieści i nieustannie objawiając Siebie jako Syna Bożego.

Apostołowie stoją i wpatrują się w niebo. I tu właśnie pojawiają się dwaj mężczyźni w białych szatach i wybijają apostołów z tego „zastoju”.

Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba.”

Te słowa to nic innego jak zaproszenie apostołów do tego, aby nie pozostali w miejscu i nie poprzestali na wpatrywaniu się w niebo. To zaproszenie, aby „nie zmarnować” wszystkich tych chwil spędzonych z Jezusem – Nauczycielem. To zaproszenie, aby ruszyć w drogę i dzielić się tym doświadczeniem Jego obecności i Jego nauką.

W kolejnych wersetach Dziejów Apostolskich znajdujemy dalszy ciąg tej historii. Apostołowie wypełniają zalecenie Jezusa i pozostają w Jerozolimie. Uzupełniają grono uczniów – po modlitwie przyjmują w swoje szeregi Macieja. Następnie, w dzień Pięćdziesiątnicy, miało miejsce zesłanie Ducha świętego. Wówczas uczniowie nabrali odwagi, mądrości, a także wszystkich potrzebnych darów, aby rzeczywiście iść i głosić.

Jednak te słowa to także wyjątkowa i piękna wskazówka dla nas.

Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?

Być może i my w swoim życiu duchowym mamy taki etap, kiedy stoimy i spoglądamy w niebo, szukając Boga, ulegając wrażeniu, że być może jest On gdzieś daleko. Nasze zatrzymanie się może wynikać z różnych powodów. Jednak nie należy skupiać się na „analizie” tej sytuacji i rozważaniu, dlaczego zatrzymaliśmy się w miejscu. Najważniejsze jest to, aby nie stać już dłużej i ruszyć w drogę.

Nieznajomi mężczyźni w białych szatach zwracają uwagę na inny równie ważny element, który wyznacza nam kierunek tej drogi.

Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba.

To wyjątkowo jasna sugestia, aby podjąć drogę z Jezusem i ku Jezusowi. Drogę, która będzie prowadziła na powtórne spotkanie z Nim.

Nie stójmy i nie wpatrujmy się w niebo! Wyruszmy wszyscy w tę drogę, aby na jej końcu spotkać się z Tym, który tak bardzo nas umiłował!

Wybrani do służby

Posted: 7 Maj 2017 by Magdalena Maraj in kapłani, przemyślenia
Tagi: ,

W Kościele trwa Tydzień modlitw o nowe i święte powołania kapłańskie i zakonne (7-13 maj). W tym roku przebiega on pod hasłem: „Idźcie i głoście”. Po co nam taki czas w Kościele? Pewnie nie tylko po to, by przez siedem dni w szczególny sposób otoczyć modlitwą kapłanów i osoby konsekrowane, ale także prosić Boga, „żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Mt 9,37), ale także po to, by uświadomić nam pewne prawdy.

Gdy słyszymy słowo „powołanie” najczęściej nasze myśli biegną w stronę kapłanów, braci i sióstr zakonnych, seminariów duchownych i klasztorów, ale powołanie przecież dotyczy każdego. Każdy chrześcijanin został powołany przede wszystkim do świętości, do której ma dążyć poprzez sumienne wypełnianie swojego stanu, który wybrał. Można uświęcić się w rodzinie, można w klasztorze czy też wybierając bezżeństwo. Bóg powołuje człowieka na różne sposoby i do różnych stanów. Jednak jakikolwiek z nich nie wybierzemy, musimy pamiętać, że kresem naszej wędrówki jest niebo. A do niego będziemy wchodzić z tymi, których kochamy i z tymi, których przyprowadzimy do Boga.

Dzisiejszy świat jest pełen chaosu, który nie pomaga nam wsłuchiwać się w głos Boga. Nawet w ciszy Wielkiego Piątku trudno jest nam się zatrzymać. Zapominamy, że Prawda nigdy nie krzyczy. Jest cicha. Jezus mówi w ciszy ludzkich serc. Nie będzie wchodził w nasze życie, jeśli nie będziemy Go chcieli. Nie będzie rozpychał się łokciami, jeśli człowiek nie otworzy Mu drzwi, jeśli nie będzie chciał usłyszeć pukania Dobrego Pasterza.

W tym szczególnym czasie nasze oczy biegną w stronę kapłanów i osób konsekrowanych. Czasem wiele od nich wymagamy, ale czy modlimy się za nich? Rozwija się wiele apostolatów, które zachęcają do modlitw za kapłanów, są ludzie, którzy ofiarują za księży i siostry zakonne swoje cierpienia i trudności. Chrystus ustanawiając sakrament Kapłaństwa związał go z sakramentem Eucharystii. Aniołowie, czy nawet Matka Boża, nie mogą dać nam żywego Boga w kawałku chleba. Bóg „zarezerwował” ten przywilej dla kapłanów, których sam wybiera i przez biskupów ustanawia do posługi w Kościele świętym.

Czas biegnie szybko. Za tydzień powiemy, że tydzień szczególnej modlitwy o nowe i święte powołania za nami. Jednak przed nami kolejne dni, majówki i inne nabożeństwa. Chciejmy pamiętać o modlitwie za tych, którzy świadczą o Chrystusie w ten szczególny sposób; tych, którzy dają nam żywego Boga, rozgrzeszają, wiążą przed Nim, czy towarzyszą w ostatniej drodze. Niech Słowa Papieża Franciszka zachęcą nas do wsłuchiwania się w Słowo, które nieustannie kieruje do nas Bóg, niech będą także zachętą do modlitwy za osoby, które On wybrał do swojej szczególnej służby w Kościele.

„Uczyńmy zatem z naszych serc „żyzną glebę”, aby słuchać Słowa, przyjąć je, żyć nim i w ten sposób przynosić owoce. Im bardziej potrafimy jednoczyć się z Jezusem przez modlitwę, Pismo Święte, Eucharystię, sakramenty celebrowane i przeżywane w Kościele, przez życie w braterstwie, tym bardziej będzie wzrastała w nas radość ze współpracy z Bogiem w służbie królestwa miłosierdzia i prawdy, sprawiedliwości i pokoju. A żniwo będzie obfite, proporcjonalnie do łaski, którą pokornie potrafimy w sobie przyjąć.” (Orędzie na 51 Światowy Dzień Modlitw o Powołania, 2014).