Czy Bóg wysłuchuje moich modlitw?

Słyszałam już wcześniej, od ateistów, że „modlitwy nie działają”. Ale kto się będzie przejmował tym, co ateiści myślą o modlitwie? Nie tylko nie wierzą w Boga, ale również nie rozumieją co znaczy modlić się oraz w jaki sposób Bóg wysłuchuje naszych modlitw.

Zanim napiszę więcej na ten temat – jak więc Bóg odpowiada na nasze modlitwy? Po pierwsze, pozytywnie, otrzymujemy dokładnie to, o co prosiliśmy; po drugie, w sposób pozornie negatywny, nie otrzymujemy tego, o co prosiliśmy, ale albo dostajemy coś lepszego, albo później zdajemy sobie sprawę, że błogosławieństwem było to, iż nie otrzymaliśmy tej łaski, o którą prosiliśmy.

Święta Teresa z Lisieux powiedziała, że wszystko jest łaską. Mocno w to wierzę. A jednak, zaczęłam mieć poważne trudności z modlitwą, w tym sensie, że musiałam walczyć z odczuciem, że „one nie działają”. Zrozumcie mnie, nie tracę wiary i (mam nadzieję) nikogo nie demoralizuję. To uczucie wciąż jest tylko uczuciem, nawet jeśli dość przygnębiającym. Jest ono zasadniczo dość nowe i praktycznie już zupełnie zniknęło. Moja wiara oraz rozum cały czas mówiły mi, że jest całkiem na odwrót.

A więc co takiego się dzieje? Jakiego rodzaju jest to kryzys? Jestem pewna, że wiele osób doświadcza tego wcześniej czy później. Przypomina to trochę okres ciemności, ponieważ podważa nadzieję, że „o cokolwiek poprosicie w Imię Jego, będzie Wam dane”; pojawia się też naprawdę ciężkie i ponure odczucie, że Bóg jest daleko, nie słucha, nie jest zainteresowany… Ale zawsze jest, zawsze słucha… Celowo napisałam na początku, że wszystko jest łaską i że czasem lepiej jest nie otrzymać tego, o co się prosi.

Ale niewielu z nas jest świętymi, a już na pewno nie ja. To taka walka ze sobą samym: wiara i rozum mówią, że masz dalej się modlić, ale emocje blokują cię w pewien sposób, podsuwając takie myśli: po co? To nie ma żadnego sensu, nie warto… nic z tego nie wynika. Jaki ma być tego cel?

Cóż, mam już odpowiedź… To toksyczny język diabła – jego strategia przeciwko tobie, kiedy twoje modlitwy de facto działają przeciwko niemu. On chce byśmy przestali się modlić, więc ciska w nas pokusami wymierzonymi w życie modlitwy. Wielu świętych mówiło, że jest to pierwsza rzecz, którą atakuje szatan, ponieważ gdy modlitwa zanika, nasze życie duchowe ulega atrofii… Czasem nie jest to pierwsza rzecz, więc strzeżcie się – czasem taka walka przychodzi znacznie później, kiedy się już człowiek całkiem zadomowił w Kościele Katolickim… I właśnie dlatego, diabeł kryje się w gęstych krzewach twoich problemów i w oparach twoich emocji, które zaciemniają twój osąd. Kiedy dopada cię tragedia i czujesz się opuszczony, być może nawet opuszczony przez Boga – nie wierz własnym emocjom! Trwaj w wierze, trzymaj się rozumu. Fides et ratio są nierozłączne. Kiedy bowiem zaczniesz kierować się wyłącznie (lub głównie) emocjami… no cóż, spójrzmy na radykalną lewicę i neomarksistowską ideologię i jak oni żyją, jak przemawiają, jak reagują na wszystko. Czy tego dla siebie chcesz?

Została mi jedna rzecz do dodania – nie jest moim zamiarem uznać że emocje czy uczucia są same w sobie złe – wręcz przeciwnie – potrzebujemy ich, jesteśmy tylko ludźmi. Ale nie powinny być one naszymi przewodnikami przynajmniej w życiu duchowym. Gdyby były one czymś, za czym mamy podążać, Jezus poddałby się w Getsemani, a Maryja nie byłaby w stanie stać pod krzyżem bez złamanego serca (co się wprawdzie stało), które zawiodłoby ją w sensie fizycznym i biologicznym (a to się nie stało). Wszyscy święci, którzy przeszli przez ciemną noc duszy, też poddaliby się, gdyby podążali za swoimi emocjami.

Cierpienie, smutek, ale też radość – wszystkie są częścią naszej podróży; cierpimy nawet więcej, kiedy prawdziwie jesteśmy gotowi podążać za Jezusem; pogłębia się także radość, ale czasem też nachodzi nas święty smutek (jak świętego Pawła), kiedy widzimy, że Jezus nie jest przez kogoś kochany – albo raczej przez wielu – nie tylko niekochany, ale też lekceważony i pogardzany – a jeśli tacy ludzie są częścią naszej rodziny!…

Ale nie dajmy się emocjom i uczuciom, zwłaszcza tym negatywnym – ponieważ Szatan wykorzysta je przeciwko nam by zranić nas jeszcze bardziej, z bardziej tragicznymi konsekwencjami.

„O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie.” (Flp 4, 6-7)

Anna Garbaczewska

Pomoc Boża… po hebrajsku

Pamiętam pewną lekcję języka polskiego, podczas której moja nauczycielka powiedziała, że nie modliła się do Boga o zdanie testów, kartkówek czy matury. „To za małe rzeczy, żeby Mu nimi zawracać głowę.”

עֵזֶר

EZER

 

W Starym Testamencie często pojawia się to słowo. I podobnie jak wcześniej wspomniany chesed, jest niezwykle ważne.

Bardzo często mam dziś z tym do czynienia – nie tylko ja, ale i ludzie wokół mnie doświadczają olbrzymiej presji, jaką wywiera na nas dzisiejszy świat. Mamy tyle zadań do wykonania, obowiązków; musimy sprostać wielu oczekiwaniom: czy to w pracy, czy w relacjach z innymi. Często czuję się tym przytłoczona, czasem wręcz jestem przerażona tym, ile muszę zrobić, jak dobrze muszę wypaść, jakie muszę mieć wyniki w pracy. Usilnie staram się wszystkiemu sprostać, martwię się, planuję, próbuję dać sobie radę. Muszę być przecież dorosła, dojrzała i odpowiedzialna – mam sobie ze wszystkim poradzić samodzielnie. Tego się ode mnie wręcz oczekuje. To dotyczy także strefy duchowej – musimy być silni, wierni, lojalni, mamy być wzorem. Spotkałam się nawet z postawą, że niektórzy w tym momencie patrzą na Boga jak na sędziego, który ocenia ich z daleka, albo wręcz dokłada im złośliwie trudności.

I tak żyje sobie we mnie ten strach – że nie dam sobie rady.

Na szczęście w Biblii, w tekście hebrajskim, możemy znaleźć króciutkie słowo, które zmienia całą perspektywę dla całej doświadczanej presji i strachu.

Ezer.

Przez całą długość Pisma Świętego Bóg nieustannie w Swoim słowie ofiarowuje się nam jako nasz ezer. Słowo to pada w Psalmie 70: „Tyś wspomożyciel mój (ezer) i wybawca: nie zwlekaj, o Panie!”. Bóg zesłał także Ducha Świętego, naszego Pocieszyciela, który nieustannie nam towarzyszy. I tak jak chesed uczy nas, że nie jesteśmy stworzeni do życia samotnego, bez relacji z Bogiem, tak uczy nas tego także ezer – nie tylko nasze życie nie ma toczyć się w pojedynkę, tak i nasze trudności nie są tylko naszą sprawą. Są także sprawą Boga. Nie musimy polegać jedynie na sobie. Nie musimy czuć, że samotnie dźwigamy cały trud życia na swoich barkach. Każda przeszkoda i każda sprawa, która nas rani, boli, i która nas obciąża, nie musi być jedynie naszą. Jest przy nas Bóg, nasz ezer, i pragnie On byśmy zapraszali Go do swojego życia i do wszystkich naszych spraw. Nie miała racji moja nauczycielka, mówiąc że coś jest zbyt małe, by Bóg chciał się tym zająć. Żadna sprawa mojego życia nie jest dla Boga za mała, nieciekawa, nieistotna, bzdurna czy śmieszna. Twój kolega może Cię wyśmiać, koleżanka wzruszyć ramionami, ale Bóg nigdy tak się nie zachowa. Pochyli się nad Tobą i zapragnie, by odmienić Twoją troskę i zrobić to, co będzie dla Ciebie dobre.

W żadnej trudności nie jesteś sam. Nie musisz nawet nazywać tego, co przeżywasz i co Cię trapi. On to zna, On to rozumie i On nie machnie na Ciebie ręką. Nawet jeśli nie tylko nie dasz sobie rady, zawalisz, może zgrzeszysz, po prostu zwróć się do Niego. „Pomóż” niech będzie Twoją częstą modlitwą. To wcale nie jest równoznaczne z roszczeniem, że Bóg ma załatwić za nas nasze sprawy. „Pomóż” to prośba, by przyszedł i przyjął to, co Mu oddajemy – każdą cząstkę naszego życia ze wszystkimi jego sukcesami i porażkami, radościami i smutkami. Nie tylko jesteśmy kochani bezgranicznie, mamy też swojego wspomożyciela, który czeka na to, by wejść w nasze życie. Ale nie zrobi tego, jeśli Go nie wezwiemy, nie wejdzie jak nieproszony gość. Dlatego nieustannie prośmy o Jego pomoc i wsparcie.

Cokolwiek dzieje się w Twoim życiu, pamiętaj – naprawdę nie jesteś sam.